Znajdź sobie cel i wstań

Miesiąc w domu, tak szybko minął. I co mi ten czas dał?

Wiele wspaniałych chwil, przeżyć i refleksji.

Wycieczki piesze, rowerowe, odkrycie wielu urokliwych kawiarni.

Ale te czas dał mi coś jeszcze. By to zrozumieć, musiałam pierwsze dwa tygodnie spędzić na walce samej z sobą. Założę się, że łatwo wtedy ze mną nie było 😉 Zapytacie jak to. Pracując ciągiem 14 lat, zwalniając z dnia na dzień zaczynasz mieć wyrzuty sumienia względem siebie. Tak. No bo przecież nie pracując zawodowo, nie robię nic wartościowego. Przy okazji nakreślę, iż nie zamierzam tak żyć do swojej śmierci, no chyba że wygram miliony ;). Ale wiem, że to dla mnie czas przejściowy, który chcę jak najbardziej aktywnie i wartościowo przeżyć. Lecz by myśleć pozytywnie, a myśleć trzeba, zwłaszcza dobrze odkryłam pewną fajną rzecz. Może to przez wiek, może przez jogę, może przez to że staram się być zawsze silna. Nie wiem, ale dobrze że to w porę odkryłam.

Cel. Na wolnym, mogłabym praktycznie nie robić nic. Dzieci nie ma, mąż ciągle w pracy, ale gdybym poddała się temu uczuciu, mogłoby się to źle dla mnie skończyć. Od zaniedbania siebie, domu, po jeszcze większy bałagan w sobie no i zapewne, jak by to lekarz stwierdził, załamanie, depresja, jesień potęguje takie odczucia, wyostrza stany lękowe.

Dlatego trzeba znaleźć sobie cel. Choćby mały. I ja takich mam kilka. Rano wstaję, by zaparzyć kawę i usiąść do pisania kolejnej książki. Czasami siedzę do późna w nocy i też piszę. Potem spacer. Do centrum, drobne zakupy, przewietrzenie swojej głowy. Powrót. Gdy nie mam zajęć w studio, gdy mąż w pracy, pobyt i praktyka na macie. Do studia w tygodniu dwa razy, by nie stracić kontaktu z innymi ludźmi. Oczywiście dużo też czytam, zwłaszcza w dziedzinie jogi dla dzieci bo to mnie zaczyna mocno interesować i sama przygotowuję też lekcje dla dzieciaków. No, a gdy jest i On ze mną, to wspólny czas. Jak widzicie, trudno nie jest, aczkolwiek momenty zwątpienia są i zawsze będą. Ale celowo podjęłam taką decyzję i należy w tym trwać. Działać na ile się da i cierpliwie czekać co przyniesie los. A mój jest przewrotny i ciekawy.

Stanowisko pracy – wieczór

Dzisiaj pogoda raczej mało optymistyczna, ale czas na spacer 😉

Miłego dnia 😉

Rozgrzewająca herbatka 😉

Rowerem wokół Kościana

Nieraz pisałam na łamach mojego bloga, że na jakimś etapie życia zatrzymałam się, miałam czas by pomyśleć, zresetować się. I było takich etapów kilka na przestrzeni lat, ale teraz nastał taki prawdziwie dobry czas w moim życiu. Pierwszy raz zrobiłam coś, na co nie odważyłabym się wcześniej. Postanowiłam odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie, dokąd ja tak pędzę i czy naprawdę warto? Te rozważania to przede wszystkim związek z pracą i dojazdami do niej, traceniem sił i energii na bycie jedną nogą i ręką w miejscu zamieszkania, a byciem drugą nogą i ręką w miejscu zatrudnienia. I stało się, postanowiłam znaleźć pracę w miejscu, w którym mieszkam. Zostawiłam co stare za sobą. Zatem jak idzie? Wybrałam sobie trudny okres na szukanie nowej pracy, ale zobaczcie co udało mi się zrobić przez te 3 tygodnie 😉

Przede wszystkim trasy rowerowe wokół Kościana, i na liczniku już łącznie przejechane ponad 800 km w tym roku.

We wrześniu pokonaliśmy 3 najważniejsze dla nas, trasy rowerowe.

Trasa Kościan – Granowo – 50 km

Trasa do Granowa przebiegła dość opornie, jechaliśmy lasami, chaszczami i najzwyczajniej w świecie zagubiliśmy się. Był ogień, dosłownie i w przenośni. Bo żar lał się z nieba, a i między mną i szanownym małżonkiem było momentami gorąco. Bo kobieta umówiona z przyjaciółką na kawę, nie lubi się spóźnić. A my, lekko zagubiliśmy trasę i nadrobiliśmy 10 km. Reasumując, na kawę dojechaliśmy w późniejszym czasie, między mną a małżonkiem nastał czas pokoju i wszyscy byli szczęśliwi. Droga powrotna zajęła nam już planowo 20 km. I po drodze trafiliśmy na takie cudo 😉

Pałac w Granówku zabytkowy pałac położony w zachodniej części wsi Granówko, zbudowany w latach 1820-30 z inicjatywy Jana Nepomucena Nieżychowskiego.  Od frontu posiada dwie pary kolumn jońskich. Od zachodu pałac graniczy z zabudowaniami folwarku z końca XIX w. Za pałacem rozciąga się piękny park krajobrazowy o powierzchni 5,38 ha z zabytkowym drzewostanem. Od strony południowej zachowała się brama, a przy niej pozostałości dawnej stróżówki. Kiedyś naprawdę to miejsce robiło wrażenie. Rodzina Nieżychowskich była bardzo znana. Miała liczną służbę, francuską guwernantkę. W rodzie ważne były tradycje wojskowe. W Granówku urodził się np. Kazimierz Nieżychowski, powstaniec wielkopolski, organizator artylerii powstańczej. Później był rolnikiem i działaczem spółdzielczym. Brał udział jako ochotnik w kampanii wrześniowej w 1939 roku. Zmarł w Gliwicach. Warto dodać, że matka Kazimierza – Łucja była spokrewniona z Hipolitem Cegielskim, znanym poznańskim przemysłowcem i działaczem społecznym.

Warto dodać, że przy kościelnym cmentarzu w Granowie znajduje się grobowiec Nieżychowskich herbu Pomian, w którym spoczywa zmarły w 1819 roku Jan Nepomucen i czworo członków jego rodziny. Zbudowany z czerwonej nietynkowanej cegły grobowiec powstał prawdopodobnie w 1841 roku.

Co teraz dzieje się z pałacem? Po wojnie przejęła go rolnicza spółdzielnia. W obiekcie znajdowała się szkoła. Po jej likwidacji pałac sprzedała firmie ochroniarskiej “Joker”, która zamierzała zorganizować tam ośrodek szkoleniowy, restaurację. Z nieoficjalnych informacji udało nam się dowiedzieć, że zabytek znów przeszedł w kolejne ręce. Teraz jest on prawdopodobnie w rękach młodych ludzi z okolic Leszna.

No właśnie, podobno ktoś ten pałac przejął, ale będąc tam niestety takiego wrażenia nie odniosłam, nadal to miejsce jest opuszczone i zaniedbane.

Wielka szkoda.

Nasze kochane rowery

Kościan – Puszczykowo – 65 km

Niedziela, piękna i słoneczna, cieplutko. Postanowiliśmy oczywiście wsiąść na rower. Czy plan trasy był z góry ustalony? No nie, byle przed siebie i bocznymi trasami. Dojechaliśmy do Mosiny, więc grzechem nie było wstąpić na lody do Puszczykowa.

Nasza Warta
Przystań Puszczykowo
Gdzieś w okolicach Mosiny

Kościan – Boszkowo – 70 km

Ta trasa była, pomimo odległości, najszybsza. Prosta, nieskomplikowana a gdy dojechaliśmy, skorzystaliśmy z pogody i uskuteczniliśmy plażing.

{I może dlatego był fajnie bo ukochany był obok mnie} – cytat męża 😉

Czy wiem coś o Boszkowie?

W okresie Wielkiego Księstwa Poznańskiego (1815-1848) miejscowość należała do wsi większych w ówczesnym pruskim powiecie Kosten rejestracji poznańskiej. Boszkowo należało do okręgu śmigielskiego tego powiatu i stanowiło część majątku Machcin. Według spisu urzędowego z 1837 roku Boszkowo liczyło 124 mieszkańców, którzy zamieszkiwali 13 dymów (domostw).

I tego niestety nie sprawdziliśmy, we wsi stoi dwór z 1900 roku wraz z parkiem. Nieopodal dworu znajdują się położone nad jeziorem Dominickim popularne ośrodki wypoczynkowe Boszkowo – Letnisko.

Czyli musimy tu wrócić i sprawdzić 😉

Gdzieś krótko przed miejscem docelowym
Kocham Wariata 😉 Zwłaszcza za to, jak skutecznie potrafi nas wywieźć w pole 😉
I ja 😉
My ludzie starej daty, z termosem kawy, herbaty i kanapki 😉 Najlepiej smakują na łonie natury

Opisane przeze mnie trasy rowerowe to wyczyn z września. Oczywiście lipiec i sierpień też należał do aktywnych, ale już nie rowerowo. W następnym wpisie przedstawię Wam wypad w góry i co tam zobaczyliśmy oraz pokażę Wam Wolsztyn, krótko opisując nasz spontaniczny w te rejony, wypad 😉

A teraz? Czas na kawę 😉

Wyjazd poślubno – rowerowy

13 czerwca 2020 r. wbrew ogólnoświatowej pandemii i według niektórych, wbrew ludzkiemu rozsądkowi, w maseczkach przed urzędnikiem stanu cywilnego, wymieniliśmy się obrączkami. Dzień był cudowny, pogoda letnia, humory dopisały, nasze auto nie zawiodło, sukienka idealnie pasowała, buty nie obcierały, goście się zjawili i wyszło rewelacyjnie 😉

DSC_1098-kopia

Ale miało być o rowerach.

15 czerwiec

Wczesnym rankiem, tuż po godzinie 5 rano wyjechaliśmy sobie do Władysławowa. Miejsce jakoś szczególnie nie urzekło, ale nam chodziło o bazę wypadową. Marzyła nam się wyprawa na Hel. Pierwszego dnia było to niemożliwe, ponieważ po bardzo intensywnym tygodniu opuściły mnie siły i potrzebowałam pójść wcześnie spać. Jednak mały rekonesans zrobiliśmy. Trasa z Władysławowa do Rozewia i z powrotem nie okazała się trudna i długa, raptem 22,70 km. Rowery się przejechały, my dotleniliśmy i lekko zmoczeni, wróciliśmy do ośrodka, by nabierać siły na wtorkowy wypad na Hel.

Trasa: Władysławowo-Cetniewo-Chałupy-Rozerwie Latarnia Morska – Władysławowo

IMG_20200615_152538

16 czerwiec

Pobudka, przyszykowanie kanapek, zaparzenie herbaty do termosu i jazda. Z pełnymi plecakami, ciepło ubrani, bo pogoda nas troszkę zmartwiła, udaliśmy się Międzynarodowym Szlakiem Rowerowym EuroVelo10, w skrócie R10 na Hel. Wcześniej przejrzałam opinie innych na temat tego szlaku i ku memu zdziwieniu, wielu napisało, że ta trasa jest fatalna, mało komfortowa, dla niewymagających. Dla mnie trasa bardzo sympatyczna, a po drodze znaleźliśmy wiele miejsc odosobnienia. Choć na trasie był ogrom ludzi, my wybieraliśmy takie spokojne miejsca zatrzymania na coś dobrego.

Gdy już dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia, pogoda zaskoczyła pozytywnie. Upał. Niewiarygodnie ciepło, do tego stopnia że musiałam zakupić krótkie spodenki. Helu dokładnie nie zwiedziliśmy, bo naszym celem była po prostu jazda rowerem. Ale kawa z pączkiem na plaży okazała się super pomysłem. Gdy już nakarmiliśmy nasze żołądki, zakupiliśmy prowiant na podróż, bo kanapki się skończyły i powoli trzeba było wracać.

Władysławowo – Chałupy – Jastarnia – Jurata – Hel

Łącznie 90 km w jedną stronę.

Sama droga na Hel wyniosła 43 km.

17 czerwiec

Dwie następne nocki postanowiliśmy spędzić w Ustce. W zeszłym roku spędziliśmy tu święta wielkanocne. Nauczeni doświadczeniem, pamiętając że jedzenie w Ustce było fatalne (a my nie wybrzydzamy), wynajęliśmy sobie komfortowy apartament, by sobie samemu przygotowywać jedzonko. Jaka pogoda? Środa zapowiadała się pięknie, ranek spędziliśmy nad morzem. I gdy już tak błogo zasypialiśmy, ja w trakcie czytania, ocknęliśmy się i naszym oczom ukazał się niewiarygodny widok. Niesamowita mgła, nie było widać plaży, ludzi, morza. I to wszystko w niespełna 20 minut. Wiedziałam, że w górach bardzo często i bardzo szybko zmienia się pogoda, ale i moje kochane morze mnie zaskoczyło. Ten poranek w Ustce przyniósł niesamowite widoki. Ale plażę musieliśmy opuścić. Zajadając pyszne krówki usteckie, udaliśmy się na drugą stronę portu. Pomogła nam w tej przeprawie kładka obrotowa dla pieszych, atrakcja tego miejsca, działająca od 2013 roku. Choć, gdy jest wiatr zamykają ją i trzeba wrócić naokoło. Ważne, że jest jak wrócić 😉 Dodatkowa informacja, kładka uruchamiana jest o każdej pełnej godzinie. No więc po tej drugiej stronie znaleźliśmy fantastyczną miejscówkę. Za murkiem, osłonięci przed wiatrem, z bluzami i kurtkami okryci, odpoczywaliśmy z nadzieją patrząc w przyszłość.

18 czerwiec

Choć wakacje, nie mogłam zapomnieć o obowiązkach. W zeszłym tygodniu moja książka miała swoją premierę i jeszcze paru osobom obiecałam wysłać moją książkę z autografem.

A dalej co? Chcieliśmy odpocząć od rowerów i postanowiliśmy pójść na spacer. Brzegiem morza, tak po prostu przed siebie. Pogoda była idealna. Ważne, że nie padało. Po drodze zrobiliśmy sesję jogową, na tle morza, piękna sprawa.

Trasa: Ustka-Orzechowo-Zapadłe-Ustka

10,93 km

W drodze powrotnej pyszna kawa i zupa pomidorowa. Cóż więcej potrzebne do szczęścia.

Wieczorem poszliśmy w nasze miejsce odosobnienia. Termos z herbatą, bo zimno. Krówki usteckie, bo pyszne. I tak spędziliśmy czas. Odpoczywając po prostu…

19 czerwiec

Rano wyjazd. Ostatnie miejsce noclegowe Gąski i nasze urocze Bukowe Zacisze. Właścicieli poznaliśmy w zeszłym roku, przesympatyczna para. To tutaj zakończyłam swoją książkę i już na zawsze to miejsce będzie odgrywało dla mnie ważną rolę. Tu jest klimat, tu jest dobra aura dla artysty. Cisza, spokój, choć niestety zabrakło ciepła. Kolejne trzy dni spędziliśmy w deszczu, mgle i zimnie. Mówię niestety, bo pomimo sprzyjającej aury na pisanie, było za zimno by siedzieć na tarasie i za mokro, by móc poćwiczyć jogę na trawie. Ale taka aura, czasami bardzo zmienna. I nic na to nie poradzimy. Trzeba się cieszyć z tego co jest, bo jeszcze w marcu nie mogliśmy wyjść na spacer rekreacyjnie. Taka prawda.

Piękne przywitanie 😉

104936078_272986430430134_1949135550673560265_n

Gąski to również świetna baza wypadowa.

Pierwszego dnia pojechaliśmy na spokojnie do Ustronia Morskiego, po drodze spotkał nas deszcz, więc wróciliśmy. Ale wieczorem pojechaliśmy ponownie, ale w drugą stronę w kierunku Sarbinowa, Chłopów i dojechaliśmy do Mielna. Trasa bardzo sympatyczna. W Sarbinowie, na molo uraczyliśmy się pysznymi goframi z owocami. W trakcie wycieczki rowerowej, gofry jakoś smakują lepiej.

Długość trasy?

Łącznie 47 km

Odcinek: Gąski – Ustronie Morskie – Gąski

oraz: Gąski – Sarbinowo – Chłopy – Mielenko – Mielno – Gąski

20 czerwiec

Dziś powtórka z rozrywki, trasa z Gąsek do Kołobrzegu. Pogoda pozwoliła nam wyjechać i wrócić przejeżdżając pełną trasę.

Trasa: Gąski – Ustronie Morskie – Kołobrzeg – Gąski (plus wieczorny wypad na pizzę do Sarbinowa)

Łącznie: 56,68 km

Do Kołobrzegu chciałam wpaść z jeszcze jednego powodu. Książkowego. Niedawno moja książka miała swoją premierę, a historia dzieje się właśnie tutaj. W tym mieście, na tej plaży, w pewnym ośrodku, wydarzyło się coś pięknego. Historia pewnego zakończenia.

IMG_20200620_131728_892IMG_20200620_143315

A na molo w Ustroniu Morskim Anna i Daniel. Moi bohaterowie. Tutaj spędzili piękną chwilę. I my tu z moim Mężem dojechaliśmy 😉

IMG_20200620_152126

Sarbinowo wieczorową porą.

IMG_20200620_222032

Na kołobrzeskim molo, Ania, Julia i Iza piły kawę. Rozkoszowały się piękną chwilą, zaraz po trudnym spotkaniu z przeszłością jednej z bohaterek.

sdr

Praktyki jogi zabraknąć nie mogło. Choć rzadziej, bo jednak to rower dominował, mata używana była 😉

fbt

Poranek w Bukowym Zaciszu. Warto, nawet gdy za oknem deszcz…

IMG_20200622_095809

21 czerwiec

Rocznicowo. Z szampanem od właścicieli w tle 😉 I wycieczką do Kołobrzegu na obiad. W zeszłym roku, ten dzień spędzaliśmy w szpitalu, w tym w moim ukochanym miejscu. Choć postanowiłam sobie, że skoro napisałam Historię pewnego zakończenia, może i z tym miejscem warto się pożegnać.

dav

22 czerwiec

Wracamy do domu…Smutno, ale wszystko co dobre, kończy się z reguły bardzo szybko.

To były intensywne dwa tygodnie. Czas przygotowań do wspólnego życia i nie pierwszych wakacji. Oby takich przed nami jak najwięcej. Tęsknię już za zajęciami, za moimi uczniami, za spotkaniami z Czytelnikami, które jeszcze są zamrożone.

A czy zaczęłam pisać kolejną książkę? Oczywiście, że…

Premiera „Historii pewnego zakończenia” 10 czerwiec 2020 r.

I nastał ten dzień, dzień w którym wydana przeze mnie książka obchodzi swoją premierę. Bardzo się cieszę, że stało się to w czerwcu. 

Czerwiec jest miesiącem dla mnie wyjątkowym, nie tylko ze względu na premierę, ale także przez historię moich bohaterów, dzisiejsze urodziny mojej siostry i mój własny ślub, który to odbędzie się jutro.

Historię zaczęłam pisać w 2011 i był letni czas czerwca. Ciężki dla mnie czas i to wtedy wymyśliłam sobie Anię i początek jej historii. Daniel pojawił się dwa lata temu. I tak oto po 9 latach, dokładnie w miesiącu w którym ją zaczęłam pisać, pojawiła się 😉

Emocje, które towarzyszyły mi od momentu wysłania mojej historii do Wydawnictwa Białe Pióro są nie do opisania. Jestem po prostu szczęśliwa i dziękuję Wszystkim za wsparcie, za ocenę, za pomoc przy redagowaniu tekstu, za wsparcie i uśmiechy, a także za mobilizację… Bo książki miałam w sumie nigdy nie wydać.

 

Dzień premiery okazał się bardzo intensywny i zaprezentować mogę jedynie wyrywek chwil, jakie mi towarzyszyły w tym dniu.

103161157_125120979213783_6424924766543725006_o103485935_124436442615570_3847578164229401730_o

Dworzec Zachodni w Poznaniu, to z nim związany jest kawał historii zarówno mojej bohaterki Anny, jak i mój własny.

103958769_124960275896520_2301821544806511850_o

103996010_126270042432210_491245455802196432_o

Pierwszy dzień czerwca…

Dla wielu Rodziców ten dzień jest wesoły, radosny i beztroski.

Dla wielu, ale nie dla mnie.

Tego dnia, zwłaszcza tego dnia, nie mogę Ich przytulić, nie mogę zabrać na lody choć był piękny dzień. Ten dzień był dla mnie trudny i jeszcze trzeba było trzymać się w ryzach, bo co by klienci powiedzieli na rozpłakaną babę.

Ale jest wieczór, dzień chyli się ku końcowi… A ja, po praktyce zasiadłam przed laptop i postanowiłam napisać tę parę słów do Aniołków, które gdzieś tam są, gdzieś tam obchodzą swój Dzień Dziecka.

Ja mogę tylko napisać tę parę słów, nie mam co wspominać, nie mam z Wami żadnych wspomnień, ale wiem jak wyglądałby ten dzień.

Dla trzylatków byłby to dzień spędzony na świeżym powietrzu, z lodami w tle, może kolorowymi balonami. A dla Ciebie, najmłodszy to byłby kolejny dzień w beztroskim i bezzębnym uśmiechu spędzonym ze mną w domu. Może na spacerze.

Tak sobie ten dzień wyobrażam… Bo przecież marzyć mogę, prawda?

Znam wielu rodziców, którzy wiedzą o czym piszę. I też jestem z Wami, bo wiem że takich tragedii jest za dużo.

boy-1300397_1280

 

Sobota na dwóch kółkach

Ostatni weekend majowy to przede wszystkim sobota na rowerze i kolejne 45 km za mną.

Wokół komina, ale Wielkopolska jest piękna, a my przygotowujemy się na rowerowy podbój wybrzeża. Ale to za dwa tygodnie. Plan jest, zaczynamy ciekawie, a skończymy jeszcze piękniej. 

Dziś piękna pogoda, lekki wiaterek, dużo pod górkę i kawa z termosu. Kocham tak spędzać czas.

A na koniec praktyka 💓

Poranki na Miodowej 1 – Joanna Szarańska

„Tworzenie powieści uwalnia niewyobrażalne pokłady endorfin. Kiedy siedzę pochylona nad klawiaturą, tworząc bohaterów, miejsca i zdarzenia, czuję, jsk wypełnia mnie coś lekkiego” (cytat z książki, s. 193).

Gdy czytałam książkę Joanny Szarańskiej byłam w trakcie nanoszenia ostatnich poprawek do swojej pierwszej książki. Zrobiłam sobie przerywnik, bardzo piękny, w postaci wizyty na ulicy Miodowej 1.

Historia wciągnęła mnie na calutką sobotę. Nie chciałam by się kończyła.

Książka zaczyna się od pewnego tajemniczego listu w błękitnej kopercie. Kto dziś jeszcze pisze listy!? Tylko Małgosia, główna bohaterka zna taką. Za sprawą listu, wraca do domu pełnego wspomnień. Do końca nie jest z tego powodu zadowolona. Ale z czasem… Co skrywa księgarnia na ulicy Miodowej 1, czy partner Małgosi jest tym, którego powinna kochać? Jak często to ta całkiem przypadkowo spotkana osoba, może stać się tą właściwą, tą odpowiednią i może tą jedyną?

Dla mnie, znalezienie się na ulicy Miodowej było wspaniałym przeżyciem. Jeśli do tego dołożyć urok majowych, długich i ciepłych wieczorów z filiżanką kawy bądź herbaty, warto taki czas poświęcić, bo to żadne poświęcenie.

Polecam 🌞

Moja majówka

Moja majówka rozpoczęła się 20 kwietnia. Dlaczego? Od tego dnia mogę być wolna w kraju, w którym przez ponad miesiąc mogłam poruszać się jedynie do i z pracy, ewentualnie do sklepu. Od 20 kwietnia można rekreacyjnie jeździć na rowerze, dlatego dwa tygodnie temu wsiadłam na moją czerwoną strzałę i pojechałam przed siebie, a dokładnie wokół „komina” – tereny kościańskie są bardzo atrakcyjnymi terenami. 

I można napisać, że do dnia dzisiejszego zrobiłam przez ten czas 140 km. Oczywiście, to żaden wyjątkowy wynik dla sportowców, ale ja mam tak wiele pasji, że osobiście cieszę się z tego wyniku 😉

W zeszłą niedzielę, pojechaliśmy zielonymi terenami nad Dębiec. Poznaniacy wiedzą, że u nas Dębiec to dzielnica miasta, dla mieszkańca Kościana Dębiec to po prostu miejscowość, w której znajduje się jezioro. Latem jest tu bardzo wiele osób, ale my wybieramy zawsze taki czas, by cieszyć się spokojem i podziwiam piękne widoki. Po drodze na Dębiec wstąpiliśmy na zieloną polanę, na której mogliśmy skonsumować pyszne śniadanie i wypić aromatyczną kawę z termosu 😉 Polecam, na łonie natury wszystko smakuje jakby lepiej 😉 Zdecydowanie lepiej. 

Tereny wokół „komina”, pięknie mieszkamy? Prawda?

 

Poniżej kilka fotek, które i tak nie odzwierciedlają piękna naszej polskiej przyrody.

Ale majówka to nie tylko rower. Joga. Nie zabrakło praktyki, która zostałam nawet przeze mnie nagrana. Przez 2 tygodnie nagrałam swoje 3 filmy jogowe, nie do końca jestem zadowolona z jakości obrazu i dźwięku, ale nagrałam i przełamałam się. Bo długo do tego przedsięwzięcia podchodziłam 😉

img_20200430_233349_6876659702785980906762.jpg

Rower, joga no i nie zapominajmy o książkach. Jeśli mowa o tych ostatnich, przeczytałam kolejne i od początku roku na swojej liście mam ich już ponad 10 tytułów. Ale książki, to również i moje „dzieło”, które popełniłam i które już niedługo pójdzie do druku. Od Redaktorki dostałam ostatnie poprawki, ostatnie uwagi i po paru godzinach zagłębiania się ponownie w swoją własną treść, mogłam odesłać swoje uwagi. Teraz pozostaje jedynie czekać. Ale jakie to czekanie jest cudowne ;):):).

A co do nowo przeczytanych książek, podam Wam kochani jedno nazwisko. 

Luis Montero – brat Carli Montero, która napisała „Szmaragdową Tablicę”. Urodzony w Madrycie, wykładowca sztuki średniowiecznej i historii. Ja zaczęłam czytać jego trylogię z cyklu: Poszukiwacze. Pierwszy tom to „Stół Króla Salomona”. Pełna humoru, zagadek powieść osnuta tajemnicą. W niej pierwszą rolę odgrywa miłość do historii, ale to również uwikłana historia rodzinna nowego Poszukiwacza tajnej organizacji. Młody bohater – świadek kradzieży zabytkowej pateny nagle otrzymuje dziwną ofertę pracy i bierze udział w dość nietypowej rekrutacji. Narodowy Korpus Poszukiwaczy poszukuje nowych twarzy. Tirso Alfaro dostaje się w szeregi tajnej organizacji i tu zaczyna się fascynująca, ale bardzo niebezpieczna przygoda życia. 

Rodzeństwo Montero stanowi dla mnie inspirację. Ich książki pochłania się bez reszty. Kocham historie i dzięki książkom, które napisali ponownie mogę przenieść się w magiczne i tajemne strony podziemi, mogę uczestniczyć w tajemniczych akcjach i stać na straży legend. Polecam ich książki i sama jestem ciekawa kolejnych, które wyszły spod ich pióra. 

Moja majówka, trwa od kwietnia i nie licząc czasu na pracę zawodową, cieszę się że mam czas na realizację swoich pasji.

Majówka jeszcze trwa, choć dziś u mnie pada od rana i do właśnie spadające krople deszczu obudziły mnie z mojego długiego snu, polecam ciekawie spędzić czas. Nawet jeśli nie aktywnie, to z kubkiem gorącej kawy bądź herbaty i z fascynującą książką w ręce. 

 

 

Zabójstwo Pitagorasa – Marcos Chicot

Wspólnota pitagorejska w Krotonie, rok 510 p.n.e. Pitagoras, czując zbliżającą się śmierć, postanawia wybrać następcę spośród swoich najzdolniejszych uczniów. Zmuszony jest jednak odłożyć decyzję, gdy najpoważniejszy kandydat na następcę filozofa Kleomenides zostaje otruty. Pitagoras prosi Egipcjanina Akenona, syna swego dawnego przyjaciela o pomoc w rozwikłaniu zagadki tajemniczego morderstwa.

„Zabójstwo Pitagorasa” to pełna niespodziewanych zwrotów akcji, wartka powieść kryminalna o śmiertelnych wrogach filozofa, któremu marzył pokój między ludźmi i narodami, ich intrygach, doprowadzających do wojen między niezwaśnionymi dotąd państwami-miastami, ale także o losach trudnej miłości i problemach matematycznych nie dających ludzkości spokoju od setek a nawet tysięcy lat.

A co mnie ujęło w nowo odkrytym pisarzu? Po pierwsze urodził się w Madrycie, a ja pomimo że tam nigdy nie byłam kocham to miasto, a zwłaszcza pisarzy hiszpańskich. Pokochałam Zafona, pokochałam zatem twórczość Chicota. Książka, trudna. Nie jestem człowiekiem o ścisłym umyśle, dlatego podziwiam autora za tą wiedzę. Choć ukończył ekonomię, to również z wykształcenia psycholog (dziedzina, kliniczna). Człowiek o umyśle ścisłym i humanistycznym. Do tego pisarz.

Stworzył trudną, ale fantastyczną opowieść. Pozwolił nam znaleźć się w czasach Pitagorasa i przekonać się, że tak naprawdę zazdrość, zawiść, morderstwa i walka o władzę i pieniądze toczyły się i występowały od zarania dziejów. Część historii zawartej w książce, stanowi prawdę.

Zdarzenia zawarte w historii miały rzeczywiście miejsce w 510 roku p.n.e.

Hermetyczność bractwa pitagorejskiego spowodowała olbrzymią zawiść niedopuszczonych przez Pitagorasa do jego wtajemniczeń i wspólnoty. Ta właśnie część ludności Krotony wystąpiła przeciw Pitagorejczykom w dniu święta Muz, podburzona również brakiem korzyści z wojny, którą prowadził lud Krotony z Sybaris i oskarżeniami Pitagorasa o dążenie do jedynowładztwa.

„Gdy zgodnie ze zwyczajem siedział na zebraniu w domu Milona, ktoś, kogo nie uznano godnym zaproszenia, z zemsty dom podpalił. Niektórzy jednak twierdzą, że zrobili to sami mieszkańcy Krotony, lękając się, że Pitagoras zamierza objąć rządy tyrańskie”.

Historycy potwierdzają też, jak krotończycy pokonali armię z Sybaris, skłaniając ich konie do tańca, tak jak opisał to Marcos.

Milon z Krotony to również postać niewymyślona, niezwyciężony zapaśnik, niektórzy wskazują iż był również zięciem Pitagorasa. Na pewno taką rolę pełnił w książce.

I to mi się podoba, wątki historyczne które naprawdę miały miejsce i nowa intryga, nowa historia opisana w genialny sposób. Ponad 700 stron trzymające w napięciu czytelnika do ostatnich stronnic, gdyż na samym końcu dowiadujemy się za sprawą detektywa z Egiptu, kto był zabójcą, kogo twarz zakrywał kaptur.

Jeśli ktoś z Was uwielbia historię, jeśli chce zgadywać kto został uwikłany w morderstwa i chce przeżyc wspaniałą, starożytną przygodę, polecam.

Nie wspomniałam, że wątek miłosny również w książce znalazł swoje miejsce. Ariadna – córka Pitagorasa i Akenon – egipski detektyw. Wspólne śledztwo i wspólna podróż, powodują że obydwoje choć nie chcą, zakochują się w sobie.

Ktoś mi powiedział. Po co Ci urlop, jak i tak zostaniesz w domu.

No wiadomo. Nie pojadę rowerem do lasu. Nie pójdę poćwiczyć na łąkę. Nie pojadę wieczorem autem przed siebie. Nie pójdę na kawę do Ulubionej kawiarenki.

Ale mogę i tak wiele. Dwa dni na słońcu, na pięknym balkonie, wśród pięknych kwiatów, w ciszy bo wszyscy leżą w domach na kanapie.

Z kuchni unosi się zapach świeżo zaparzonej kawy. I w końcu mój leżak, książka i kolejna historia, w którą mogę odplynąć podczas gdy ciało odpowiednio brązowieje i dostaje pozytywnego kopa.

 Odpoczywam od banku, pracy w maseczce i rękawiczkach. Snuję plany na lepsze jutro, choć wiem że normalnie w te wakacje nie będzie.

Wiem, że nie pojadę do Włoch. I boję się, że nie pojadę nad morze.

Tęsknię za Poznaniem i rodziną.Tyle czasu ich nie widziałam.

Tęsknię za wolnością, by móc normalnie wyjść z domu.

Ale póki co jesteśmy zdrowi i zostaje nam wierzyć w lepsze jutro.

Słonecznie Was pozdrawiam moi Drodzy Czytelnicy

🌞🌞🌞