Być…

Dziś niedzielny czas.

Czas by właśnie zwolnić, pomyśleć, lub po prostu nie robić nic, nie mieć planów, założeń, nie mieć celu na ranek, popołudnie czy wieczór.

Dziś to może być taki dzień, gdy siedzisz sobie na ławeczce, w samotności, z kubkiem ulubionej kawy i po prostu jesteś.

Jesteś w tej chwili, w tym czasie i łapiesz słoneczne chwile.

Na początku stwierdziłam, że po trudnych dniach, a takie zawsze mam w tym czasie, prześpię dzień, nie robiąc nic. Ale w końcu wstałam, by dalej nie robić nic, ale robiąc to na świeżym powietrzu, siedząc na ławeczce i pijąc kawę.

Noc w Bibliotece

9 października odbyło się moje spotkanie autorskie w zaprzyjaźnionej Bibliotece w miasteczku, które obecnie stało się moim trzecim domem.

Tak, trzecim. Każdy kto mnie zna, wie że jestem Poznanianką ale ostatnie dziesięć lat spędziłam mieszkając w różnych zakątkach Wielkopolski. W 2016 zakupiłam swoje mieszkanko w urokliwej miejscowości zwanej Opalenicą i mam z nią wiele wspomnień. Ale obecnie od wielu lat mieszkam w Kościanie, jak to mówią poszłam za mężem. Początki były trudne, momentami myślałam że wyjadę stąd i nie wrócę ale pomogło mi pisanie, czytanie i ten klimat poczułam w Bibliotece. To już moja Biblioteka i moje miasteczko. To już mój świat i może napiszę o nim kiedyś nową historię?

W minioną sobotę moja Biblioteka zorganizowała moje spotkanie autorskie. Choć premiera książki miała miejsce w czerwcu 2020 roku, to czasu covidowe odbiły się na tym debiucie i nie tylko. Ale udało się i to wszystko dzięki wspaniałej pomocy Pań z Biblioteki 😉

Czy czułam tremę? Zadano mi takie pytanie. Oczywiście, ponieważ przyjechała moja rodzina. Czułam przede wszystkim tremę przed Mamą, bo ona kocha książki, i potrafi być srogim recenzentem.

Ale choć byłam stremowana, cieszyłam się że byli w tak ważnym dla mnie dniu. Wiele osób nie mogło dotrzeć, ale odzew mnie bardzo ucieszył.

Pytano mnie o kontynuację, powiem tak. Pierwsza książka to było moje marzenie, to była potrzeba płynącą z serca, chciałam podzielić się pewnym przeżyciem, i zapoznać Was z moją pasją – jogą. Druga książką, która ukaże się na rynku w 2022 roku to już zupełnie inna bajka i w niej chcę pozostać. Zatem, trzymajcie kciuki Kochani, by druga książką również tak miło została przyjęta ;):) I pamiętajcie, złapcie wiatr we włosy, odważcie się i zaryzykujcie. Ja to robię od wielu lat, i takie życie jest zdecydowanie piękniejsze 😉

Panie z kościańskich gazet również pojawiły się na spotkaniu i dzięki nim mam wspaniałą pamiątkę z minionego spotkania.

Fot. Mąż
Fot. Mąż. Z Siostrą 😉
Fot. Mąż. Niezastąpiona Pani Hania
Fot. Mąż

Fot. Miejska Biblioteka Publiczna w Kościanie.

Nigdy Cię nie zobaczę

Nigdy Cię nie zobaczę.

Nie wiem, czy byłabyś Sarą czy Aleksandrem. A może Michaliną, czy Marceliną, bo kiedyś z Twoim Tatą w sklepie usłyszeliśmy te imiona.

Nie wiem czy lubiłabyś, czy lubiłbyś książki, których ja nie lubię.

Nie wiem czy byłabyś, byłbyś wysoki jak tata.

Czy miałabyś, miałbyś zielone oczy po mamie.

Czy już byś nam robiła, robił olbrzymie problemy.

Czy chciałbyś, chciałabyś uczyć się tak jak Twoi rodzice, czy wyjechałabyś, wyjechałbyś poznawać świat.

Czy kochałabyś, kochałbyś nasze miasto.

Czy byłbyś, byłabyś uśmiechnięta jak mama, czy poważna jak Tata.

Nie wiem. I nigdy się nie dowiem. Rana zostanie. Na zawsze. I choć są dobre dni, ja i tak pamiętam. Ja będę z Tobą żyć. Jest mi przykro. Tak po prostu. Ale kiedyś się spotkamy. Kiedyś Ciebie poznam, a Ty mnie. Kiedyś poznam Was i powiem to ja, Wasza Mama.

Historia pewnego zakończenia spełnieniem mojego Marzenia

Pisarz, który dawno nie pisał na swoim blogu;) No i tak się zdarzyło.

No ale mam wytłumaczenie. Ten czas spędzałam aktywnie zawodowo, nie tylko w tej pracy na etat. Całe wakacje promowałam pierwszą książkę, a przy okazji skończyłam pisać swoją drugą, i choć bym bardzo chciała, nie mogę podać jej tytułu, a mam 🙂 I to wyjątkowo szybko go wymyśliłam 😉

Druga książka to dla mnie coś, i to dzięki temu uczuciu łatwiej znoszę różne sytuacje w życiu. Moja pierwsza książka Historia pewnego zakończenia była spełnieniem moich marzeń, tak po prostu. Moja druga książka to już nie tylko marzenie, ja po prostu od lat marzyłam o tej historii. Starożytny Egipt od dziecka mnie intryguje, a teraz mogłam o tym napisać. No i te zagadki…

Napisałam, poprawiłam ileś razy i wysłałam do Wydawnictwa. Teraz czekam i skupiam się na promocji pierwszej książki.

Wykorzystując urlop, 30 sierpnia miałam ciekawe spotkanie, w mojej ulubionej kawiarni w Kościanie. Denerwowałam się, bo to było moje pierwsze spotkanie autorskie, kameralne ale naprawdę wyjątkowe.

Fot. Karina Jankowska „Gazeta Kościańska”
Fot. Karina Jankowska „Gazeta Kościańska”

Fot. Karina Jankowska „Gazeta Kościańska”

Nie da się opisać tego uczucia, nie da się opisać tego co przeżywa autor książki spotykając się realnymi Czytelnikami. Ostatni rok, moja promocja w Internecie nie może równać się z prawdziwym spotkaniem człowieka z człowiekiem.

Właścicielka kawiarni CieKawa przygotowała pyszną kawę, słodkie przekąski i zadbała o naszą atmosferę. W spotkaniu uczestniczyła również Pani Karina, i to dzięki niej ponownie znalazłam się w gazecie.

Spotkanie zapoczątkowało pewien cykl, który Agnieszka będzie w swojej kawiarni kontynuować, a ja bardzo się cieszę że moje marzenie, stało się tak naprawdę tematem tego spotkania. Bo od marzenia się zaczęło, a skończyło na wydaniu książki.

Pamiętajcie więc Najmilsi, zawsze warto marzyć, bo czasami te marzenia stają się faktem.

Wspomnień czar – 11 miesięczna podróż mojej debiutanckiej książki

Majówka, powiem tak, jak zawsze pogoda nie rozpieściła, a ja cieszyłam się na ten weekendowy czas w pracy. Jakoś przykro mi nie było, zwłaszcza że pogoda była wręcz odstraszająca i jak dla mnie, niekorzystna. Klientów też za dużo nie było, no kto by chciał broczyć w deszczu.

Za to tydzień później było całkiem fajnie, całkiem miło i całkiem ciepło. Niedzielny poranek 9 maja spędziłam w podróży w Góry Stołowe, a dokładnie w rejon Błędnych Skał. Ta wycieczka zrobiła na mnie wrażenie, choć należę do osób drobnych, to momentami i mnie było ciężko prześlizgnąć się między skałami. Ale to oceńcie sami 😉

W zasadzie maj, a zwłaszcza jego ostatni tydzień polegał na promocji mojej książki, która pojawiła się na świecie w zeszłym roku, 10 czerwca. Promocja wymaga czasu, poświęcenia i nie powiem, w moim przypadku nauki w obsługiwaniu się pewnymi, dostępnymi na rynku narzędziami.

Miniony poniedziałek i jego jedyne 4 godziny spędzone w pracy, upłynął pod znakiem spotkań towarzyskich. Czas z przyjaciółmi, a w tle moje rodowite miasto dał mi energię na następne dni, równie miło i efektywnie spędzone.

W każdym miejscu, w którym byłam wraz z moją książką, poznałam nowych, fantastycznych ludzi, poznałam moich Czytelników. I pomimo, że moje spotkania autorskie z Czytelnikami Historii pewnego zakończenia dopiero się odbędą (tak, już wkrótce), to było mi przyjemnie i bardzo jestem szczęśliwa, gdy ludzie chcą czytać moją historię, a w Bibliotekach które odwiedziłam, moje książki wciąż krążą od zeszłego roku i jeszcze nie zdążyły osiąść na bibliotecznych półkach.

Skorzęcin
Majowe magnolie i Kórnik
Góry Stołowe
W podróży
Opalenica
Leszno
Nowa ja w różu

Jeśli chcecie nabyć egzemplarz mojej książki wraz z dedykacją, odezwij się do mnie 😉

A z okazji rocznicy, mały konkurs 😁😘Wystarczy skomentować post na stronie autorskiej Marta Grygiel na FB.

Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich

Dziś bardzo krótko, ale na temat.

Witajcie w piątkowe przedpołudnie 😉

Dziś mamy co świętować 😉 W dniu dzisiejszym obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich 😉

Data ta wybrana została jako symboliczna dla literatury światowej. W tym dniu w roku 1616 zmarli Miguel de Cervantes, William Szekspir i historyk peruwiański Inca Garcilaso de la Vega (przy czym datę śmierci Szekspira podaje się według kalendarza juliańskiego, a pozostałych dwóch – według gregoriańskiego). Na ten sam dzień przypada również rocznica urodzin lub śmierci innych wybitnych pisarzy, np. Maurice’a Druona, Halldóra Laxnessa, Vladimira Nabokova, Josepa Pla i Manuela Mejía Vallejo.

Pomysł organizacji święta zrodził się w Katalonii – w 1926 roku wystąpił z nim wydawca z Walencji, Vicente Clavel Andrés. Z początku planowano związać je z datą 7 października, domniemaną datą urodzin Cervantesa, lecz ze względu na niepewność z nią związaną, ostatecznie ustalono datę 23 kwietnia. W Hiszpanii Dzień Książki jest świętem oficjalnym od roku 1930, a od 1964 – we wszystkich krajach hiszpańskojęzycznych.

UNESCO postanowiło stworzyć tytuł Światowej Stolicy Książki, który jako pierwsze miasto otrzymał Madryt. Tytuł Światowej Stolicy Książki przyznawany jest co roku przez UNESCO jako wyróżnienie dla najlepszego przygotowanego przez dane miasto programu promującego książki i czytelnictwo.

(Źródło: Wikipedia)

A Wy z jaką książką dziś świętujecie? Ja niestety weekend spędzam w pracy, więc nie mogę czytać 😉 Ale jeszcze przez parę godzin będę nanosić poprawki do mojej nowej książki, by niedługo może została wydana???? ;):):)

A może spacer? Las uspokaja skołatane nerwy, chore serce i duszę.

No nie rozpieszcza…

Mowa oczywiście o pogodzie. Ale niezależnie od pogody, niezależnie od wewnętrznego nastroju i niezależnie od utrzymujących się zakazów, ja korzystam z życia i danych mi chwil na tyle, ile to możliwe pamiętając, że w zeszłym roku do 19 kwietnia nie można było wyjść nawet na spacer.

Trzy tygodnie temu pojechaliśmy, tym razem samochodem zwiedzać naszą piękną Wielkopolskę i tak trafiliśmy do Rokosowa. Z Kościana to około 50 km, więc w sam raz na jednodniową, spontaniczną wyprawę.

Pałac w Rokosowie, to obiekt w stylu neogotyku romantycznego, zaprojektowany w 1849-1854 dla Józefa Mycielskiego. Przebudowany około 1900 i odrestaurowany w latach 1984-1986. Charakterystyczne dla Pałacu są narożnikowe, masywne wieże, częściowo sucha fosa wokół. Na szczycie umieszczony jest herb rodziny – Dołęga. Z tyłu Pałacu rozciąga się olbrzymi ogród zimowy, obecnie restauracja. Park, który otacza obiekt wynosi 3,2 ha. Teraz w Pałacu funkcjonuje Ośrodek Integracji Europejskiej. Pałac jest bardzo dobrze zachowany i jak dla mnie, ma w sobie to coś. A za to coś, warto tu przyjechać. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Gostynia na pączki, ale skończyło się na gorącej czekoladzie z Żabki ;):):)


Ale jak dobrze wiecie, ja najbardziej kocham zwiedzać nasze województwo na dwóch kółkach.

Raptem wczoraj, 11 kwietnia, na początku mojego długiego dość urlopu, pokonałam prawie 70 km po kościańskim fyrtlu, by ujrzeć w Parzęczewie dokładnie ruiny pięknego Pałacu.

Obiekt zaniedbany, kolejny o który biją się spadkobiercy. I już od samego momentu, w którym go ujrzałam zaczęłam snuć wyobrażenia jak tu kiedyś mogło wyglądać życie. W środku i na zewnątrz.

Parzęczewo, 25 km od Kościana.

Pałac zbudowany w 1820 roku, w styku klasycystyczno – neorenesansowym. Wpisany pod koniec 1974 roku do rejestru zabytków. Pałac jest elementem zespołu pałacowo – folwarcznego. Zabytkowy park o powierzchni 8.6 ha. W drzewostanie wyróżnia się najgrubszy w Wielkopolsce miłorząb, liczący 430 cm.

Pałacowy park graniczy z terenem kościoła. Drewniany kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła  został wzniesiony w 1774 roku.

Podróż niedzielna to był również piękny czas spędzony w lesie. Długi czas, bo lekko zagubiony. Ale humory dopisywały, jedzenia też nie zabrakło 😁



I tak, od lutego pokonałam 160 km. Najlepsze są spontaniczne wyprawy, nawet te przed nocką.

31 marca na taką samotną podróż się wybrałam. Było cicho, spokojnie i słonecznie. Środa, połowa tygodnia. To jest plus pracy zmianowej 😉

Trasa krótka, jadąc przez Racot, kierując się na wioskę Dębiec, wychodzi 35 km łącznie. Tak blisko, tak fajnie.

A co z książką, zapowiadają deszcz, deszcz, deszcz, więc pewnie coś dopiszę w nowej historii 😉😉😉

I taki miły akcent. Krótki wywiad ze mną, w naszej lokalnej prasie 😉Jak to cieszy 😉

A Wasze plany na kwiecień?

Tradycyjnie na wesoło, tradycyjnie z zadumą

Marzec mija szybko i bardzo intensywnie. Dużo pracy, ale i wolnego no i ciągłe rankingi zakażeń i niewiadoma, zamkną nas na święta czy nie. Ale pomimo trwającej już ponad rok pandemii, dobrze wykorzystuję czas. Podczas 12 godzinnej pracy nie myślę o tym, co się dzieje, a gdy wracam z pracy inaczej pożytkuję czas. Postanowiłam w tym roku wydać swoją drugą książkę, chciałabym by to się stało w dniu moich urodzin, już ostatnich z „3” na czele. Niestety, czas jest bezlitosny. I jakoś mi idzie, nawet bardzo dobrze. I ta chęć wydania drugiej książki napędza mnie, moją głowę i moje myśli. Każdy kto mnie zna, ale nie powierzchownie tylko dobrze wie, że ja gdy piszę, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, to tak jakby słowa które przelewam na papier, wyzwalały mnie i dawały niestworzonej energii. Tak, wiem, piszę jak nakręcona. Co zrobić, taka jestem 🙂

Ale ten czas, to również moja i mojego męża pewna tradycja. Wyjazdy, bo to one najlepiej scalają związki i my tak uważamy, choć nasz związek zaliczamy do grupy, to skomplikowane.

Niecałe dwa tygodnie temu, pojechaliśmy kolejny raz do Wrocławia, ale pierwszy raz wspólnie w nim nocowaliśmy. Byli z nami również moja kuzynka i jej mąż. Od lat się nie widzieliśmy, ale sprawdza się pewna zasada, jeśli mocno się chce, idzie się spotkać. I to był cudowny weekend i czas. No dobra, tylko pogoda nam nie dopisała. Na mieście nic skonsumować nie można było, ale my postanowiliśmy zrobić sobie wieczór włoski. Domowa pizza, sałatka i wino. Można? Oczywiście, że można. Ale zanim dojechaliśmy do rodzinki, ponad 45 minut szukaliśmy wolnego skrawka na zaparkowanie. Jednak gdy znaleźliśmy miejsce, okazało się że w strefach bliskiego kontaktu ze Starówką, opłaty parkingowe pobierane są od poniedziałku do niedzieli. A myślałam, że tylko Poznań pod tym względem wygrywa w rankingu pt: jak udupić przyjezdnego. Ale jakoś sobie poradziliśmy i za parking nic nie zapłaciliśmy, całkowicie legalnie dodam 😉

Sobota upłynęła spokojnie, rodzinnie i za szybko. Z kolei niedziela, aktywnie. Wejście na Ślężę – zwaną Górą Sobótka. W jedną stronę niecałe 4 km, warto było, ale zdecydowanie powrócimy tu z mężem latem.




Ja i moja kuzynka.Iza różowa, ja żółta. Pierwsze rodzinne foto po latach 😁Ale tak naprawdę pierwsze 😛

Ten weekend dla mnie to był również czas, w którym miałam odpowiedzieć sobie na parę pytań. Mając za sobą jedno małżeństwo, które zakończyło się tym, czym się zakończyło człowiek staje się bardziej wyczulony w drugim, nie chce popełnić błędów, choć te są nieuchronne. Gdy ma się dwadzieścia parę lat, głowa zapełniona jest innymi myślami, niż ta w wieku trzydziestu paru. Małżeństwo to sztuka kompromisu, wzajemnego słuchania, rozmawiania o potrzebach tej drugiej strony. Kiedyś nie dostrzegałam drobiazgów, drobnych gestów takich jak przygotowane łózko gdy wracam późno z pracy, a męża nie ma, gdy dostaję bukiet kwiatów nie bo akurat jest okazja, święto w kalendarzu, ugotowanie przez Niego zupy pomidorowej, którą kocham nad życie i która ma rozgrzać mój żołądek po całym dniu pracy, to podarowany misiek który miał mnie pocieszyć, gdy zdecydowałam odejść z pracy i w końcu karteczki i listy od czasu do czasu. Gdy człowiek musi zdecydować, gdy człowiek musi wybrać, przywołuje te wszystkie chwile i myśli sobie, to musi być coś więcej niż zauroczenie. To jest te ciche słuchanie potrzeb, to jest znajomość tej drugiej strony. Ale co jeśli tak bardzo chce się czegoś, a ta druga strona nie chce tego dać? I co wtedy powinna zrobić taka Monika, Natalia czy Ewka.

Na wycieczce w Toskanii koleżanki, które poznałam w autokarze powiedziały mi jedno, pamiętaj facet jest w twoim życiu, ale może zaraz cię zostawić, a dziecko będziesz kochać miłością bezwarunkową i nigdy nie bądź z kimś, kto nie chce dać ci możliwości poznania tego uczucia. Tyle, że i ja się chyba boję. Boję, bo wiele prób za mną, wiele bólu, szpitali, pogrzebanych nadziei. Zazdroszczę kobietom, które za wszelką cenę, robią wszystko by zostać matkami. Ja bym chciała i tak bardzo się boję i tak bardzo nie wiem co robić, bo przecież czas leci nieubłagalnie. Piszę o tym, bo tak wiele osób niesłusznie myślało, że najpierw nie mam dzieci z wygody, potem bo nie mam męża, a potem bo… I ciągle coś. Ja mam za sobą wiele prób, pobytów w szpitalu, robienia wszystkiego by się udało, prób negocjacyjnych by spróbować może i ostatni raz. Ta niewiedza dlaczego, jest najgorsza. Może gdyby mi ktoś powiedział, że to przez coś. Ale takie zawieszenie, powoduje frustrację i ból. Ból gdy patrzysz na męża, który jest ojcem i zna to uczucie, Ból gdy patrzysz na Jego córkę i myślisz, ty nigdy nie miałaś ojca, a nawet nie poczujesz jak to jest dać miłość będąc matką. To wszystko powoduje ból, rozpacz i nieraz musisz udawać silną, szczęśliwą a chciałabyś uciec, wyjechać do Toskanii, pisać książki i zostać tam na zawsze. Ale to by była znowu ucieczka. Bezsensowna ucieczka, która nie zaleczyłaby rany, bo to wszystko jest we mnie, bo tego co przeżyłam nie da się wymazać, z tym trzeba nauczyć się żyć i próbować żyć jak najbardziej sensownie. I wiem, że pewnym rozwiązaniem byłaby akceptacja tego, co mnie spotkało, ale ja należę do upartych istot i nie chcę się poddać, chcę spróbować, chcę jeszcze raz spróbować.

A miły akcent na koniec? Mam do niedzieli wolne, tak po prostu z grafiku i zaraz wsiadam na rower by pojechać w nieznane, bądź znane, a kto to wie gdzie nas rowery poniosą. Mimo nowych obostrzeń, mimo tego syfu który od roku zatruwa nam życie, trzymajcie się i nie dajcie 😉

A gdy wrócę, wracam do pisania 😉

Trasa 21 km. Super sprawa. Polecam ruch 😁

To teraz po jodze, rowerze czas na spacer 😍

Dzień kobiet to stan umysłu

Choć Dzień Kobiet, ten kalendarzowy dopiero przed nami i Wami :), więc korzystając z wolności jaką dał mi grafik w pracy, taki piękny dzień rozpoczęłam we wtorek, tak po prostu w środku tygodnia. Parę godzin snu po nocce, a potem wsiąść do… I pojechałam do Poznania. Gdy czuję taką potrzebę, gdy chcę świętować lub gdy po prostu mam taką ochotę, wybieram moje miasto rodzinne jako miejsce odpoczynku i naładowanie podupadłych akumulatorów. Teraz też tego potrzebowałam, a że mogłam dodatkowo zarezerwować sobie nocleg, byłam po prostu przeszczęśliwa. Hotelik w centrum, tyle ze tak jak mój nowy bohater Olek, i ja miałam problem z zaparkowaniem. No ale po paru okrążeniach, udało się. Można było zameldować się w hoteliku i wyjść poszlajać się ulicami miasta, poczuć się jak prawowity mieszkaniec, jak kiedyś. Tyle, że ta pandemia, to co jest z nami przez rok, wypłoszyła troszkę ludzi. Półwiejska nadal zawalona, pączkarnia nadal otwarta i nadal ciesząca się ogromną popularnością, to jednak mniej, tak ciszej, tak inaczej. Eh. Staram się nie oglądać TV, zwłaszcza tych rządowych głupot, ale jak słyszę że znowu chcą nas na święta zamknąć. To wszystko nie jest fajne i normalne.

Ale ani w miniony wtorek, ani tym bardziej w środę o tym myśleć nie chciałam. Poznań wieczorową porą, Poznań spokojny i magiczny. Ale to nie tylko za sprawą wolnego, spaceru i nadchodzącej wiosny poczułam się tak błogo. Wstąpiłam na moment do perfumerii, od jakiegoś czasu podoba mi się zapach, zapach mojej młodości. Euphoria. Zapach orientu, magii, fantazja w królestwie marzeń. Ale zeszłam na ziemię, gdy zobaczyłam cenę. Poczekam na promocje 😉

Po powrocie chciałam stworzyć kolejne stronice mojej nowej książki, tyle że zmęczenie po 24 godzinnej służbie i 4 godzinach snu dało o sobie znać. Wsłuchując się w miejski gwar, otulona wieczorową porą, zasnęłam.

Poranek w środku tygodnia w mieście?

Rankiem, bo mój mąż zostawił mnie bym świętowała, a sam wrócił do domu i poszedł do pracy. Ja skupiłam się na sobie, na pysznym śniadaniu które dostarczono mi do pokoju hotelowego. Nawet kawa jakoś inaczej smakowała. O 10 miałam umówioną praktykę jogi w studio, w którym praktycznie zaczynałam swoją przygodę z jogą i w którym moja bohaterka Zosia, spędza poniedziałkowe popołudnia. Obie lubimy te same miejsca, zadziwiające. Cały dzień spędziłam z Agnieszką, którą znam przeszło 15 lat. Pozytywna dusza, piękna kobieta i nadająca na tych samych falach co ja. Dzień kobiet właśnie z Nią miał w sobie coś magicznego i pełnego energii. Po jodze udałyśmy się na dłuuuugiiii spacer, Cytadela i piękne słonko. Pogoda nam dopisała. Tu spędziłyśmy więcej czasu. Była pyszna kawa, cos słodkiego, rozmowy łatwe i trudne, było rewelacyjnie. Później zostałam odprowadzona na dworzec kolejowy, ten sam na którym Ania, bohaterka Historii pewnego zakończenia dała sobie prawo do szczęścia.

Takie dni, takie momenty zwłaszcza w tych czasach polecam wszystkim. Nie zamykajcie się w domach, korzystajcie z życia 😉

Lutowy zawrót głowy, a Zamek w Grodnie

Luty, to tak już bliżej marca, a jak już bliżej marca to kalendarzowa wiosna, dłuższe dni, cieplejsze miejmy nadzieję, dodałabym jeszcze że może normalniejsze (w końcu prawie rok żyjemy z pandemią) ale w tej kwestii trudno być optymistą, a nawet trudno być jasnowidzem. W ogóle to trzeba żyć z dnia na dzień bo nawet inaczej się nie da.

Cześć obostrzeń zniknęło 12 lutego, ale świat i tak wydaje się smutny. Te maseczki, zakryte twarze, dobrze że w oczach można zobaczyć uśmiech (teraz bardziej się przyglądam oczom innych ludzi, w końcu one są zwierciadłem duszy, nieprawdaż?). Gastronomia, mój fitness nadal zamknięte. To sobie jeszcze poczekam z otwarciem studia. Wielu znanych mi ludzi, zakończyło przygodę z własnym biznesem, lub jest na końcówce swojego Istnienia. Poznań, moje rodzinne miasto, wcale nie małe pustoszeje, znika wiele fajnych miejsc, choć najbardziej boję się o kawiarnię znaną mi z lat dziecięcych o wdzięcznej nazwie Kociak. To nie napawa optymizmem i może dobrze, że jestem w pracy po 12 h, zaraz po niej idę prawie spać, i nie mam czasu analizować tego, co się dzieje. Zwłaszcza nie mam czasu na telewizję. Mój umysł zachowuje swoją normalność, mam nadzieję.

Czym żyję? Dniem, każdym dniem który starannie planuję. Cieszę się wolnym weekendem, czy wieczorem w środku tygodnia bo wiem, że wtedy zasiądę przed ekran komputera i zacznę pisać w tym miejscu lub po prostu dokończę drugą książkę. Żyję dobrym odzewem i słowem dla mojej wydanej niedawno książki, cieszę się wyjazdem w góry. Tak, w Walentynki udaliśmy się z Mężem do Książa i zwiedziliśmy Zamek w Grodnie. Jak my lubimy po pierwsze jeździć autem, po drugie zabierać z sobą kanapki i termos z herbatą, po trzecie zwiedzać zamki polskie i nie tylko. My jesteśmy specyficzni. Po nockach, po dniówkach może nie o 6 rano jak zakładał budzik, ale o 8 wstaliśmy by zwiedzać w piękny, zimowy dzień polskie ziemie.

Trasa, szybka. Eską w taki dzień jedzie się bezproblemowo. Nie to co ja w zeszłym tygodniu, w poniedziałek. Zima zaskoczyła kierowców, czyli i mnie, bo 60 km/h to dość nietypowa sprawa na esce. Ale 14 lutego było inaczej. Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu. A tak przy okazji, czas… Kiedyś, a dziś. Kiedyś kilka dni jazdy koniem, saniami by przemieścić się z punktu A do punktu B, a dziś. Dwie godziny, i zamieniasz płaskie podłoże na góry. Zapewne jakiś król powiedziałby koniec świata 😉

Wracając do Grodna. Zauroczyliśmy się tak bardzo tym miejscem, że wykupiliśmy wejście z przewodnikiem. Plus odmrożenia gospodarki w czasach pandemii. Pani przewodnik opowiedziała nam wiele fascynujących anegdot no i oczywiście historię Białej Damy, choć i nasza wielkopolska, a dokładnie kórnicka równie intrygująca jest.

Ale jak to zawsze piszę, zacznijmy od początku. Na Zamek wchodzi się pod górkę, więc jeśli na dworze jest mróz, to po paru krokach czujesz rozpływające się po ciele ciepło. Jak przyjemnie tak. I gdy dochodzisz na koniec szczytu Twoim oczom ukazuje się zamek. Robi wrażenie. Dolny Śląsk słynie z ciekawych zamków i pałaców. Ten robi wrażenie i wart był kwoty 20 zł za obejrzenie go z przewodnikiem. Naprawdę, polecam.

Zamek Grodno został wzniesiony w XIII wieku przez Księcia Bolko I, a wokół niego powstała  osada  o tej  samej nazwie . W kolejnych stuleciach wieś przechodziła w ręce kolejnych właścicieli Grodna. Nie będę pisać o właścicielach, gdyż ponieważ było ich tylu, a po drugie to nie lekcja historii. Opowiem Wam o tym, co mnie urzekło w historii zamku.

Z  Zamkiem Grodno  wiąże się wiele  tajemniczych opowieści , a jedną z nich jest  „Legenda o śląskiej Kasztelance Małgorzacie”. Loch głodowy, gdzie znajduje się szkielet Małgorzaty, a tak naprawdę szkielet przypadkowego mężczyzny i kobiety. Dokładniej rzecz ujmując, dół należący do mężczyzny, góra do kobiety i nie jest to Małgorzata. A dlaczego została strącona do lochu? Czasy dla kobiet były trudne. Małgorzata kochała pewnego młodzieńca, ale oczywiście jej ojciec nie pozwolił jej na wybór i sam zaproponował jej kandydata na męża. Dwudziestoparolatka musiała poślubić starszego o ponad 30 lat bogacza, by zadowolić ojca. Teraz, dzięki niebiosom mamy inne czasy, choć ta wolność powoli jest nam w pewnych dziedzinach odbierana. Małgorzata jednak, nie dała za wygraną. Wymyśliła sposób na pozbycie się męża. Zaprosiła go na spacer, upuściła chusteczkę a potem delikatnie popchnęła męża ze skarpy. I miałaby spokój, gdyby nie to że z wieży widział to jej ojciec. Wtrącił ją do lochu głodowego. Ale… Młoda kobieta nie poddawała się. Żyła, choć nie jadła i nie piła. Miała pomocnika, który codziennie po kryjomu przynosił jej posiłek. Niestety i tym razem nie udało się, a młodzieńcowi, jej miłości, zaborczy ojciec ściął głowę, położył ją przed kratami lochu. Małgorzata poddała się. Umarła z rozpaczy. I tak księżna chodzi sobie po zamku i straszy. Ale tak naprawdę sala głodowa znajduje się na pierwszym piętrze, i specjalnie to miejsce wybrano by Małgorzata oglądała dzień w dzień miejsce swojej zbrodni.

Parter to przedsionek, w który, znajduje się pokazowa sala głodowa, krzyże pokutne, w podziemiach sala tortur. Robi wrażenie. Podobno ludzie umierali w męczarniach, by król mógł zabić czas i świetnie się bawić.

Pierwsze piętro to sala myśliwska. Nic specjalnego, gdy nie jesteś myśliwym, ale kiedyś to była zwykła komnata. Świadczy o tym prywatna ubikacja. Czyli otwór w parapecie przy oknie gdzie można było załatwiać swoje potrzeby. Dalej sala rycerska zwana zbrojownia. W niej przebywać mogli jedynie mężczyźni. Obecnie nazywana kominkową, gdyż w jej wnętrzu znajduje się jedyny kominek, wykuty częściowo w skale, na której zbudowany jest zamek. Tak bo zamek nie ma fundamentów, jest zbudowany na skałach. Pięknie spędzona godzina. Na koniec krótki filmik w sali multimedialnej, gdzie na wygodnych czerwonych fotelach można było obejrzeć 8 minutowy film na suficie. Szkoda tylko, że w tych cholernych maseczkach.

Zatem polecam, wart obejrzenia.

Tak jak Książ, ale o nim już wspominałam kiedyś. Więc tylko dodam, że sprzedawali pod zamkiem świetną grochówkę i grzane wino ;):):)

A teraz Książ;)