Sentymentalnie

 

Reflection of a love
Over time ohhh
Shows the joy
And the beauty
Of life

Reflection of a love
Over time ohhh
Reflection of a love
In my life

You know why
I’m hanging on
All the while
It’s breaking me, breaking me
Ohhh
You know why
I rise and fall
Standing through it all

Life… I love you and hate you
I cry… when I can’t seem to get by
I… see good in what you do
So I… will be fine

Reflection of a love
Over time ohhh
It fills those empty spaces
Deep inside (hey)

Reflection of a love
Over time ohhh
Shining bright as the stars
In the sky

Life… I love you and hate you
I cry… when I can’t seem to get by
I… see good in what you do
So I… will be fine

What You do, Still love You
I don’t care, I don’t care
What You do, Still love You
I don’t, I don’t, I don’t care

Life… I love you and hate you
So I… will be fine

 

Tyle w temacie…

Reklamy

Jakbyście ciągle próbowali złożyć w całość potłuczone kawałki…

Czas, ostatnio mam go w nadmiarze. Jeśli do tego dołożyć nieprzespane nocki, to robi się z tego naprawdę ogrom wolnego czasu, który powoli przekładam na wykończenie mojej książki, w końcu bo już sama się znudziłam tym oczekiwaniem na „the end” oraz porządki na blogach. Przyznam się, że prowadzenie dwóch blogów zaczyna być powoli dość kłopotliwe i dlatego myślę nad zostaniem przy jednym. Tylko nie chciałoby się za dużo zmieniać. Człowiek w końcu istota leniwa.

Pozytywnie zaczytana to mój osobisty blog, ale tak naprawdę joga to część mnie i dlaczego nie skupić się na jednym blogu i systematycznie go zapełniać zarówno przemyśleniami życiowymi, książkowymi czy jogowymi.? A taka myśl się zadomowiła w mojej głowie.

I tak dziś powróciłam do jogi. Na macie jeszcze w pełni ćwiczyć nie mogę, prowadzenie zajęć póki co jest również niemożliwe, ale pisanie o niej jak najbardziej potrzebne zwłaszcza w tak trudnym dla mnie momencie, momencie żalu i zwątpienia. Żal nad rolą matki, której nie mogę się doczekać, a zwątpienie dotyczy sensu mojego życia, w końcu od wielu, wielu lat pragnę zostać właśnie matką. I tak oto kółko się zamyka. Już prawie ponownie zaczęłam myśleć, że to wszystko to tak naprawdę sensu nie ma i trafiłam na cytat z książki „Joga światłem życia”, Iyengara. Trafił w samo sedno przypominając mi co do tej pory stanowiło sens mojego życia.

Joga pozwala na nowo odkryć poczucie pełni w  życiu, w którym już nie będziecie się już czuli tak, jakbyście ciągle próbowali złożyć w całość potłuczone kawałki. Joga pozwala odnaleźć spokój wewnętrzny, który nie da się zburzyć i zmącić przez ciągły stres i życiowe zmagania ( Iyengar, „Joga światłem życia”, s. 16).

Dokładnie tak jak ja czuję się w tej chwili. Wstaję, by zebrać resztki siebie i jakoś funkcjonować, pokazać otoczeniu że jeszcze nie umarłam. Dzisiejsze trzydzieści minut na macie to dla mnie krótki czas, zawsze ćwiczyłam dłużej, ale po takiej przerwie i tych setkach kawałeczków, w które zamieniło się moje ciało, stanąć na macie to naprawdę wielki krok. Fizyczny i psychiczny. Przypomniałam sobie, że bycie na macie odpręża mnie, daje spokój, napędza do działania, bo joga jest moim celem, tak jak pisanie a praktyka daje mi możliwość zawalczenia o siebie i swoje szczęście.

Dwa tygodnie temu skończyła się niestety moja przygoda z macierzyństwem, straciłam dziecko, kolejny raz poczułam się pusta i niewartościowa, niegodna roli matki. Zostałam sama ze swoimi myślami, z poczuciem bezsilności, ze stratą dziecka i stratą chęci do życia i szukania jakiegoś celu. To okropny czas… Pozwoliłam sobie na ten stan, żałoba ma bowiem wiele etapów przez które przejść trzeba i długa droga, by jak mówią było lepiej. We mnie to cały czas siedzi, kolejna strata ale niestety życie ma to do siebie, że jego nie obchodzi jak nam ciężko, po prostu trzeba żyć i jakoś funkcjonować. Dlatego ja,  jakoś próbuję żyć i jakoś próbuję  funkcjonować, pisząc i ćwicząc. Nie mam innego pomysłu na razie. Marzę o jednym, teraz, w chwili obecnej, by kiedyś znowu móc umieć się śmiać. Bo kiedyś pozytywnie zaczytana śmiała się na okrągło i takiej Marty mi brakuje…

66327641_2172297223061159_8755306058555064320_n

 

 

 

 

Siedem długich nocy, siedem długich dni

Minął już prawie tydzień…

Siedem nieprzespanych nocy, bezsensownych dni.

Siedem prawie samotnych chwil z myślami, z próbami radzenia sobie ze sobą, próbami wyjścia z domu,

Siedem dni temu jeszcze miałam malutką nadzieję, wierzyłam że będzie dobrze, że już wszystko co złe,  już mnie spotkało.

Siedem dni temu straciłam sens życia, cel. Została mi samotność, bezsensowne problemy, zmęczenie fizyczne, jakieś choróbstwa i kolejne badania, kolejne wyniki, kolejne stresy.

Lato  zaczęło się w dniu, w którym u mnie nastała zima. Czy ja coś jeszcze czuję?

Obojętność w dużym stopniu, żal i zmęczenie… Nie tylko fizyczne, zmęczenie swojej głowy i duszy.

Usłyszałam wiele właściwych słów, wiele z Was ze mną płakało, wiele z Was rozumie i wie, że teraz do niczego człowiek się nie nadaje. Ani do miłości, ani do uczucia, do pracy, do korzystania z przyjemności.

Po trzech stratach, nie chcę sobie mówić dam radę, będę silna.

Dać radę będę musiała, ale silna już nie zamierzam być. Chcę sobie dać czas, zdecydować co dalej, gdzie będzie mi dobrze i co powinnam.

Gdy miałam 18 lat, chciałam wyjechać na misję i pomagać dzieciom. Kocham dzieci, one są moim celem. Nie wiem, czy będę kiedyś mogła zostać mamą, ale może czas wydać książkę i wyjechać? Zostawić wszystko za sobą i spełniać marzenia.

 

Być przez chwilę matką. Strata

21.06.2019 r. straciłam trzeciego Aniołka. Trzy tygodnie wcześniej lekarz pokazał mi tą malutką fasoleczkę, która rozwijała się prawidłowo. 14.06. to dzień wyroku, brak echa zarodka, ciąża nie rozwija się, badania. 18.06 kolejna konsultacja, skierowanie do szpitala. Przypomniałam sobie rok 2016 i stratę drugiego dziecka, tak dla mnie to było dziecko nie tylko obraz na USG. Szok, trauma, niedowierzanie, dlaczego ja. Wtedy ciąża młodsza, teraz 10 tyg. Wyszłam niedawno ze szpitala, nie wiem co robić, jak żyć, boli mnie serce, dusza, nie umiem oddychać, nie umiem złapać tchu, nie wychodzę z domu bo cały czas łzy lecą, Teraz obraz mojego dziecka był wyraźny, dla lekarza w szpitalu tylko „proszę zobaczyć, już nic nie ma, proszę wrócić do pokoju, czekamy by się oczyściło”. Podpisywałam papiery zezwalające na zabieg choć ręce mi się trzęsły, łzy leciały. Pytałam jak to, już nic nie ma, było jeszcze, może źle pan widzi. Zero odpowiedzi, tylko samotność, powrót do pokoju i czekanie na nic. Pielęgniarki były przecudowne, pozwalały płakać, nie krzyczały. Pomagały, gdy koszmar się zaczął i pomogły o 20.37 po zabiegu. Nie chciałam wyjść ze szpitala, chciałam tam zostać z dzieckiem, trzymałam się przy rodzinie a teraz w samotności zastanawiam się co dalej, jak ja mam wrócić do pracy, do życia, do uśmiechu. Mam 37 lat, moje życie nigdy łatwe nie było, wszyscy mówili jesteś silna i dawałaś radę z gorszymi rzeczami. Gorsze rzeczy? A strata dzieci?Dostałam skierowanie do badań genetycznych, bo jak stwierdził lekarz coś z panią nie tak. Kolejny nóż w plecy, coś ze mną nie tak i zaczęłam się obwiniać. Wiem, że takich jak ja, jest wiele i wiele jest historii, które kiedyś skończyły się dobrze po wielu próbach, Ja póki co przestałam wierzyć i po raz pierwszy tak naprawdę nie wiem, czy z tej traumy da się kiedyś powrócić do rzeczywistości.

To był mój pierwszy komentarz, pierwsze słowa po stracie z piątku. Dzisiejsze, świeże emocje przelane na blogu, na którym poruszyła mnie pewna historia mamy, która też straciła dzieci.

Czując dalej…Tym razem nie jestem sama, ale wiecie co może dla dobra otoczenia powinnam być. Nie nadaję się do rozmów, nie nadaje się do życia, nie ma ze mnie pożytku, nie czuję już nic. Nawet nie mam ochoty na złość, na żal, czuję że po raz trzeci stałam się pusta w środku i tym razem nie pomoże mi nic, Joga, pisanie, pomoc dzieciom teraz nic nie ma znaczenia, nikt się nie liczy. Co noc mam koszmary, a obrazy w snach nie dają żyć.

Lekarz mówi, nadzieja umiera ostatnia. Ja uważam, że to nie prawda bo ja umarłam za życia. Piję bo pić trzeba, jem bo jeść trzeba, płacę rachunki bo trzeba, i dlatego może myślą że sobie daje radę, ale to gówno prawda. Robię to, by nie sprawiać problemów rodzinie ale tak naprawdę, nie mam na to wszystko ochoty, nie mam ochoty na to by uwierzyć, że kolejny dzień, tydzień, miesiąc będzie lepszy.

Dziś od godzinie 7:00 śledzę historię matek, które jak ja nie wiedzą jak sobie poradzić, jak wrócić do rzeczywistości. Jest nas tak wiele, każda historia to czyjeś łzy, smutek, żal, rozpacz. Wirtualnie czuję, że sama nie jestem, w końcu są kobiety które rozumieją to, co ja teraz czuję. Nie wiem dlaczego nas to spotkało, nie wiem jak nam pomóc, wiem tylko jedno, one zawsze zostaną w mej pamięci i sercu.

08.2016r.

11.2016r.

06.2019r.

Modlitwa często przynosi ukojenie

Zdecydowanie początek maja okazał się dla mnie czasem dobrych wieści. Spełniłam wiele marzeń, od kupna własnego M, po zeszłoroczny wspaniały wyjazd do wymarzonej Toskanii. Po drodze zmiana pracy, miejsca zamieszkania i ta majowa wiadomość…Zostać mamą.

Niestety okres ciąży nie służy i dostarcza wielu nerwów. Czasami trwa taki stan 9 miesięcy. Dzisiejszy i następne dni będą najgorsze. Nie mam zamiaru opisywać tego co czuję, nie da się. Już któryś raz to przerabiam, to nie pierwszy stan błogosławiony, ale tym razem będę walczyć tak długo jak trzeba będzie, czyli do końca.

Nie trzeba chodzić do Kościoła by się modlić. Każdy z nas, w każdej chwili i do kogo ma ochotę się pomodlić, może to uczynić.

Przyznam się, że nigdy (tak szczerze) w  tej intencji nie modliłam się. Ale znam wiele kobiet, poznałam wiele historii i też dla tych kobiet chciałabym jedną taką modlitwę przywołać, ku pokrzepieniu i wytrwaniu. Czas oczekiwania, zarówno przy zdrowej jak i zagrożonej ciąży jest stresujący, dlatego jeśli teraz lecą po waszych policzkach łzy, to nic, jeśli mamy siły wierzyć, wierzmy i czekajmy. Po przecież i tak nic nam już więcej nie pozostało, no może jeszcze to, że warto wierzyć, zwłaszcza w cuda.

Modlitwa brzemiennej matki, której ciąża jest zagrożona:

Święta Joanno Beretto, Ty dobrze poznałaś lęk i niepokój matki, która nosi pod swoim sercem dziecko, lecz nie wie, czy będzie mogła cieszyć się z jego szczęśliwych narodzin. Kocham najszczerszą matczyną miłością to dziecko, które Pan Bóg stworzył w moim łonie, ale boję się o jego kruche życie, które jest zagrożone i niepewne. Zwracam się do Ciebie, heroiczna matko, bo wiem, że Ty mnie zrozumiesz w moim utrapieniu. Ufam, że przyjdziesz mi z pomocą i wyprosisz mi u Boga potrzebne łaski.

Módl się za moje dziecko, aby mogło szczęśliwie przyjść na świat i żyć ku chwale Bożej i naszej radości. A mnie wybłagaj siły do znoszenia tego niepokoju i strachu o przyszłość. Uproś mi łaskę pokornego przyjęcia woli Bożej i odczytania właściwego sensu Jego odpowiedzi na moje modlitwy. Amen.

 

 

Zajączkowo

Kochani Czytelnicy 😉

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych życzę Wam spokoju, radości i uśmiechu na twarzy. Podobno przed nami ciepłe, wiosenne dni dlatego spędźcie jak najwięcej czasu wolnego na świeżym powietrzu. Dotleniony mózg, to korzyść dla całego ciała i najbliższych. Świętujcie, bawcie się, odpoczywajcie 😉

7

Przygoda z autobusami

Ten dzień nie mógł się skończyć dobrze. Dlaczego? Powodów było wiele ale od początku 🙂

Auto to taka rzecz,która psuje się zawsze wtedy, gdy jest potrzebne. Piątek, za chwilę weekend, cudne plany na popołudnie 🙂 I co? No zapaliła się pewna lampka. Ktoś by pomyślał, mało paliwa. Nie, to niestety inna lampka 🙂 No i ponownie pociąg. Tak, no cóż. Kolejne jego spóźnienie, czyli bez zmian. Dotarłam do pracy, udało się uff. Tu bez zmian, zawsze coś się dzieje. Dopiero po 16:00 zaczęła się moja piątkowa przygoda. Było super. Jeden autobus wypadł, dobra jest następny. Czas przesiadki na inną linię, spoko znam ten ból, tyle lat mieszkania w Poznaniu, ma się to doświadczenie. Korki, jeden autobus wyskoczył. Czekam na następny. Udało się, dotarłam do mojej kosmetyczki, mojej przyjaciółki. Zabawa z dziećmi, kawka, cudne popołudnie. Czas powrotu. Kasia mówi leć, zdążysz na autobus, będziesz wcześniej w domu. Lecę. I co, autobus jeden i drugi wypadł. Patrzę na zegarek, pół godziny do odjazdu pociągu. Nie dam rady myślę, ale dotarł. Kombinuję jak zdążyć, przesiadka na szybki tramwaj, realna. I gdy już myślę będę w domu, autobus siada. No nie myślę, a raczej przeklinam w duchu. Biegnę, zdążyłam. Tramwaj jest. Mam dziesięć minut, niecałe. Gdy wysiadam zostają mi dwie minuty. Biegnę. Peron blisko. Udało się. Pociąg pełen. Jadę 40 minut. Został mi jeden przystanek do domu. Pociąg stanął i stał. Gdy ruszył, było mi już obojętne wszystko.

Przebieg, 44 km.

Czas powrotu, 2,5 h.

Wnioski? Ten tydzień nauczył mnie jednego, pokora, pokora, pokora. Ale jest pozytywna strona tego minionego dnia. Jest wiosna, piękne słońce, a ja dużo biegałam tego dnia. Normalnie nie miałabym czasu.

Nie zabrakło też muzyki, moja ulubiona piosenka ostatnich dni 🙂 Nucę ją cały czas 🙂