Pozytywnie zaczytana wydaje swoją pierwszą książkę :):):):):):):):):):)

Mam krótki urlop, co prawda bardzo nerwowy, na miejscu, bez fajerwerków z pytaniem co dalej z życiem zawodowym ale za to z dobrymi wiadomościami;

wydaję swoją pierwszą książkę

Machina ruszyła, dopiero początek długiej drogi ale pojawiła się iskierka radości w tych trudnych miesiącach…

Przy okazji chciałam się podzielić z Wami innymi emocjami oraz kolejnymi pozycjami literackimi, które wpadły w moje ręce w ten dziwnie – trudny czas w moim życiu. Choć i te książki przypadkowymi się nie okazały.

I powoli kończy się czas, w którym bardzo dużo czytałam i pisałam. Chciałam powrócić jakoś do świata realnego. I choć on do miłych nie należy, to trzeba żyć, próbować, walczyć. Zawsze tak robiłam. Z różnym skutkiem, ale walczyłam. I z takim nastawieniem chciałam zacząć nowy tydzień. I po raz kolejny dostałam od życia prosto w twarz. Mówią, że po burzy wychodzi słońce… Zastanawiam się, dlaczego u mnie nawałnica nigdy nie mija. A jeśli omija mnie, to jedynie na krótki czas 😉

Ale wydarzyło się i wiele dobrego. Przestałam płakać, powoli godzę się z myślą, że nie każda kobieta może mieć dzieci. No i wiadomość wspomniana na samym początku posta, moja własna książka.

Przyjaciele… Najważniejsze, że Ci co mają być, pozostali. Ale w moim życiu bardzo często, zwłaszcza w chwilach zwątpienia pojawiają się dobre dusze, moje osobiste Anioły. Pewna Pani, właścicielka uroczego miejsca i pewien Pan, choć nie doktor od dusz, ale doktor. Ich dobre słowa, ich dobra energia. I to jest piękne. Przypadkowi ludzie, dawno niewidziani znajomi, członkowie rodziny, którzy gdzieś tam na troszkę ulotnili się. Ale są z powrotem. Oni nie zazdroszczą, oni nie oceniają, oni wesprą dobrym słowem, po prostu są w odpowiednim momencie. Dlatego nie mogę powiedzieć, wydarzyło się bardzo dużo dobrego.

Tylko pozostaje ten malutki żal, że gdy już nabiorę sił, gdy już mocno uwierzę w poprawę… Wracam do punktu wyjścia i gubię te zgromadzone siły i nadzieje. Aczkolwiek, od dłuższego czasu coś mnie męczyło, coś zabierało moją energię i choć wiadomość niemiła i zwaliła z nóg człowieka, który dopiero co powstał, może okaże się tym pozytywnym impulsem do zmiany. Któż to wie…

Moje czteromiesięczne zwolnienie to były miesiące radości spowodowane nowym życiem, zwolnienie tempa, nauczenie się, że nie trzeba ciągle za czymś gonić, potem wielka strata, szpital, trauma, dochodzenie do siebie i kolejny strzał, kolejne niedobre wiadomości. I ponownie ludzie, którzy kierując się tylko swoim egoizmem, poczuciem bycia „kimś lepszym”, to właśnie oni potrafią na nowo złamać i knuć i przy okazji cieszyć się tym, co osiągnęli będąc ode mnie, od nas tak daleko, a jak skutecznie podcinając skrzydła. Nadal uważam, że życie może być piękne i jest. Tylko myślałam, że mogę być w końcu spokojna i bezpieczna. Wydarzenia uczą, że tak naprawdę nigdy nie można się czuć spokojnym i bezpiecznym. I nigdy nie wiesz, na jakich ludzi trafisz.

Ale wracając do książek. Gdybym mogła na szybko wymienić ile pozycji przeczytałam w tym czasie zwolnienia, na trzydziestu by się nie skończyło. Najbardziej cieszy mnie to, że po prawie dwóch latach przeczytałam najnowszą książkę mojego ukochanego pisarza Carlosa Ruiza Zafona, „Labirynt duchów”. Ciągle brakowało czasu, ciągle go było za mało by w końcu książkę moc pochłonąć w zaledwie trzy dni, a było co chłonąć. Moje wydanie ma prawie 900 stron. Cudownie było znaleźć się w świecie Barcelony lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Historia pełna intryg, zdrady osób którym się ufało, w końcu powrót do mojej ulubionej księgarni Sempere i Synowie. W tej książce historia zatacza koło, poznajemy skrywaną historię matki Daniela, zatem ponownie zagłębiamy w przeszłość poznanych wcześniej bohaterów, a także jesteśmy na bieżąco z Barceloną znajdującą się pod reżimem generała Franco.

„Cień wiatru” dał początek tej historii, z kolei „Labirynt duchów” to znakomity jej finał.

Jeśli nie czytaliście serii Cmentarza Zapomnianych Książek, a lubicie fantastyczną fabułę pięknie napisaną, polecam z ręką na sercu. Wartooooo !!!!

Sierpień był bardzo długim i owocnym w zapoznawanie się z kolejnymi książkami. Już wiecie, że Zafon to mój ukochany pisarz, każdą wydaną przez niego książkę posiadam w swoim osobistym zbiorze 😉

Jednak istnieje jeszcze jeden, fantastyczny autor którego książki chłonę tak samo mocno, jak te napisane przez wyżej wymienionego pisarza. Mam na myśli Guillaume Musso. W zeszłym miesiącu ujęła mnie historia zawarta w książce pt: „Jutro”. Ten autor stanowi dla mnie pisarki autorytet, do samego bowiem końca nic nie wiadomo, a gdy już się czegoś domyślisz, już jesteś pewien jak to się zakończy, twoja koncepcja zdarzeń za sprawą sprytu i inteligencji pisarza wali się tak szybko, jak domek z kart. I to jest w jego książkach fantastyczne. Ta niewiedza do samego końca. Sądząc, po rezerwacji jaką stale muszę na jego książki dokonywać, czytelnicy są pod jego wrażeniem w takim samym stopniu, jak ja. To o czym książka jest?

Wszystkiemu winien jest używany laptop, za sprawą którego może odmienić się życiu wielu ludzi. A może za sprawą którego, ci co kochają dowiedzą się okrutnej prawdy a może i nawet zachowają swoje życie.

Sprzedający twierdzi, że laptop został gruntownie wyczyszczony, jednak to nie prawda. Znajdują się nadal na nim zdjęcia, a także adres mailowy osoby, która je wykonała. Powiem tak jest rok 2010 i 2011. Dla młodej kobiety i wdowca to ten sam dzień, ale innego roku. Tu zaczyna się ich historia prowadząca do rozwiązania niesamowicie okrutnej intrygi, która powiązana jest z żoną głównego bohatera, a także z właścicielką tajemniczego laptopa.

Opis książki: „Gra kłamstw? Żart wyobraźni? Manipulacja? Jak daleko można się posunąć, żeby ratować kochaną osobę?”. To świetny opis, bardzo dobrze napisanej książki i niewiarygodne zakończenie. W które ja do tej pory uwierzyć nie mogę.

Jeśli macie spóźnione wakacje, sięgnijcie po te pozycje.

A co dalej w planach? Kolejny świetny pisarz, Paulo Coelho.

Reklamy

Wakacyjny przegląd literacki

Jeśli człowiek już napisał swoją książkę, jeśli już tylko czeka na odpowiedź, jeśli już skończył i opowiadanie i już tylko czeka na wyniki, to takiemu człowiekowi zostały już tylko książki wydane przez innych.

Ale zacznijmy od moich prób literackich. Mam ostatnio troszkę więcej czasu i wykorzystałam go bardzo dobrze. Przynajmniej tak mnie się wydaje 😉 Opowiadanie wysłane na konkurs literacki, które napisałam zaledwie w jeden wieczór. To co wyszło spod przycisków na laptopie bardzo pomogło mi uporządkować moje własne emocje po stracie, która już na zawsze zostawi po sobie blizny. Czy będę jedną z trzech wytypowanych osób do przyznania nagrody, czy też nie, nieważne, bowiem jakiś ślad po tych emocjach, trudnych i bolesnych pozostanie.

A moja książka…Pisałam ją z przerwami bardzo długo, może i za długo. Ale widocznie potrzebowałam na nią więcej czasu, bo jest to książka bardzo bliska memu sercu…I Tyle na teraz o niej…

Ale wracając do głównego tematu dzisiejszego wpisu. Książki po prostu kocham. Dlaczego? One dają mi wszystko, czego potrzebuję. Książki o jodze rozwijają mnie, dzięki nim mam możliwość poznania anatomii ludzkiego ciała, poznania jego psychiki, poznania jego możliwości ruchowych. Te książki dają mi po prostu wiedzę.

 

Tych książek podczas tego przymusowego urlopu zabraknąć nie mogło.

Ale moje przygody z książkami, to nie tylko literatura fachowa, to również świetni pisarze, których odkryłam w te trwające jeszcze wakacje. W czerwcu odkryłam książki Joanny Miszczuk i jej sagę rodzinną opisująca kilka pokoleń kobiet, które dzięki darowi dziedziczonemu z pokolenia na pokolenie budują swe życie wbrew przeciwnościom losu. Każda z tych kobiet posiadała jakiś dar, ale wybrane miały olbrzymi wpływ na wydarzenia mające miejsce w epokach, w których żyły. Te książki opisują emocje, które towarzyszyły w ich życiu, trudy z jakimi spotykały się na co dzień. To nie są historie wesołe, czy nawet romantyczne. Te historie pokazały siłę i determinację kobiet, zwracając uwagę na wiele wątków.

Wybierając z półki książki tej autorki, zasugerowałam się ich tytułami. Nie czytałam krótkiego streszczenia z tyłu książki jak zawsze, po prostu wybrałam te książki z całego dobrodziejstwa inwentarza bibliotecznego i nie żałowałam. Zaintrygowały mnie ich tytuły 😉

  1. Matki, żony, czarownice.
  2. Zalotnice i wiedźmy.
  3. Córki swoich matek.

 

Kolejna autorka inna, ale o tym samym nazwisku, no i od tej pomyłki się zaczęło.

Katarzyna Berenika Miszczuk i jej „Szeptucha” po prostu mnie porwała, dzięki niej znalazłam się w XXI – wiecznej Polsce rządzonej przez Piastów, w której nadal ważną rolę przywiązuje się do tradycji, obrzędów i wiary w bóstwa. Niewiarygodna historia, umiejscowiona we współczesnym świecie pokazująca, jak mógłby wyglądać nasz kraj gdyby Mieszko nie zdecydował przyjąć się chrztu. Miejsce akcji Bieliny, główna bohaterka Gosława no i tajemniczy Mieszko, który… No właśnie, historia w której rządzi wiara, bóstwa, miłość i humor sytuacyjny. „Szeptucha” to pierwszy tom, dalsze historie bohaterów znajdziemy w kolejnych tomach serii: „Noc Kupały”, „Żerca”, „Przesilenie”. Polecam gorąco 😉

To były nowo poznane pisarki, których twórczość wywarła na mnie olbrzymie wrażenie. Cały czas jednak jestem wierna swoim stałych pisarzom, jednym  z nich jest James Rollins. Uwielbiam serię cyklu Sigma Force. Rollins to naprawdę utalentowany pisarz, ma na swoim koncie kilkadziesiąt książek, choć ja mam swoje ulubione tytuły: „Amazonia”, „Oko Boga”, „Burza piaskowa” i przede wszystkim trylogia Zakonu Sangwinistów: „Ewangelia Krwi”, „Niewinna Krew”, „Diabelska Krew”. Do trylogii właśnie powróciłam, świetna historia, mroczna historia, która pobudza ogromnie naszą wyobraźnię.

I jeszcze raz polska pisarka, Anna Ficner-Ogonowska i jej nowa powieść, „Okruch”, którą pochłonęłam w parę dni, ponad 700 stron 😉 O czym jest?

Jedno spojrzenie, jeden dotyk, jedno słowo. Od tej chwili życie dwojga ludzi zmieni się bezpowrotnie. Ona wreszcie zmierzy się ze swoim strachem przed bliskością. On odkryje prawdę o sobie i swojej rodzinie.  „Okruch” to niezwykła powieść, która przywraca wiarę w sens życia i pozwala zrozumieć, czym jest odpowiedzialna miłość.

„To prawda, że jedna iskra wystarczy, by wywołać pożar i zniszczyć wszystko wokół. Ale jeden dobry okruch pamięci wystarczy, by wiele zachować, by karmić się nim przez całe życie. Zrozumiałam, że to moja jedyna nieskończoność.” (fragment książki).

I powiem Wam jeszcze jedno, przeczytał też tą książkę Facet, który po pierwsze jest Facetem, a po drugie nie lubi książek, więc i Jego musiała ta historia porwać.

Lubię też magazyny, „Pani” i „Zwierciadło”, w nich jest sporo życiowej mądrości.

A Was jakie książki porwały w te wakacje?

😉

 

A może ten do góry założył się o coś fajnego ze swoimi Aniołami?

christmas-3840264_1920.jpg

Książka zakończona, opowiadanie na konkurs wysłane, wczorajszy dzień przeżyłam. Było ciężko, miesiąc po nie potrafię jeszcze normalnie żyć, ale próbuję bo w zasadzie nie mam wyjścia. Ten do góry cały czas uważa, że mam tu jeszcze na ziemi coś do zrobienia. Może jest ciekawy, czy ktoś zachce tą książkę przeczytać? A może założył się z Aniołami o coś fajnego? W końcu nieraz wystawiał mnie na próby. Wielu moich przyjaciół, tych co zostali i tych prawdziwych i tych wirtualnych od lat mnie przekonuje, że powinnam pisać i że moim powołaniem jest zajmowanie się dziećmi, które nie miały normalnego domu, może trochę tak jak ja sama. Nic nie dzieje się bez przyczyny, moje znienawidzone zdanie ale sama zastanawiam się nad tym wszystkim. Trzy próby i żadna się nie udała. Próbować dalej czy się poddać, a może nie poddać się tylko spełniać swoje zamierzenia sprzed lat? Gdy byłam młoda i niedoświadczona marzyłam o wyjeździe w dalekie kraje i pomaganiu potrzebującym dzieciom. Widziałam siebie w Czerwonym Krzyżu. Zawsze daleko, nigdy nie przy biurku, na etacie. Gdy skończyłam studia, zaczęłam pracę w korporacji, mogłam zrobić karierę, miałam raz taką szansę, ale nie skorzystałam bo zawsze marzyłam o rodzinie. Nie chciałam być jak ci, którzy byli całkiem fajnymi ludźmi a później coś złego się z nimi stało, zmienił ich pieniądz i władza. Wyjechali, są w Warszawie. I ja tam mogłam być, a jestem tu. Z kubkiem kawy, przed laptopem, czekając na decyzję. Czy książkę ktoś zechce wydać? Pieniądze nigdy nie były dla mnie ważne, dużo ich nigdy nie miałam, ale i tak wiele osiągnęłam. Sama, z pomocą determinacji i całkiem przypadkiem pojawiających się w moim życiu dobrych aniołów, w odpowiednim momencie. Gdybym mogła żyć z pisania, byłabym spełnionym człowiekiem. No fakt, brakuje w domu łóżeczka, które prawie już zostało wybrane, a pasierbica pyta się kiedy je wstawimy… Ale nikt nie powiedział, że kiedyś jakieś dziecko tak po prostu nie pojawi się w moim życiu. Może i ten do góry czeka specjalnie na dobry moment? A książka. Wiadomo, nie musi się spodobać, nie musi być wcale dobra. Ale dla mnie to i tak sukces, bo tą książkę pisałam 8 lat i jest dla mnie po prostu ważna. Zaczęłam ją pisać, gdy zostałam sama, gdy moje małżeństwo zostało przerwane wyrokiem sądu, to było osiem lat temu. Pisałam pierwsze 60 stron przez miesiąc, a potem nagle przestałam. Zajęłam się siłownią, jogą, zdawaniem na prawo jazdy, wyjazdami, żyłam pełną piersią, a pisać po prostu przestałam, no bo się bałam. Teraz wiem dlaczego. Bo to co robiłam, to była ucieczka. Dopiero pisanie ukazuje moje prawdziwe emocje, moje prawdziwe marzenia, cele. Pisząc, jestem sobą. Umiem cieszyć się z tego co mam, umiem doceniać to co mam i nie chcę robić tego, co mi nie pasuje, to ja gdy piszę. Gdy piszę jestem poważna, czasami całkiem zabawna, szalona, zakręcona. Taką prawdziwą Marta, którą kiedyś byłam na co dzień, a dopiero teraz powoli staram się ją ożywić, przypomnieć że pomimo nieszczęść, ba na przekór im można się nadal cieszyć życiem. Dlaczego? Bo trzeba i tyle, lepiej być szaloną niż ciągle przygnębioną, bo to nawet dobrze działa na cerę 😉 Szaleństwo i pozytywne zakręcenie.

Bycie na macie powoduje, że ciało moje staje się silniejsze,  mniej podatne na stres i schorzenia, ale pisanie sprawia że żyję nadal, pomimo tego wszystkiego co mnie spotkało, tych wszystkich złych okresów w życiu, to słów pisane stało się moją prawdziwą terapią. Dlatego nawet, jeśli nie spełnię tego marzenia, nadal będę pisać. Bo nie umiem już nie pisać, nie chcę nawet przestać.

Tak naprawdę równolegle z tą książką, zaczęłam pisać inną historię…Przy pierwszej książce, wiele rzeczy które w niej zawarłam lata temu, sprawdziło się, może i następna stanie się spełnieniem pewnej wizualizacji, którą dokonują za pomocą wyobraźni i słów. Oczywiście nieświadomie…

Sentymentalnie

wedding-829140_1920.jpg

 

Reflection of a love
Over time ohhh
Shows the joy
And the beauty
Of life

Reflection of a love
Over time ohhh
Reflection of a love
In my life

You know why
I’m hanging on
All the while
It’s breaking me, breaking me
Ohhh
You know why
I rise and fall
Standing through it all

Life… I love you and hate you
I cry… when I can’t seem to get by
I… see good in what you do
So I… will be fine

Reflection of a love
Over time ohhh
It fills those empty spaces
Deep inside (hey)

Reflection of a love
Over time ohhh
Shining bright as the stars
In the sky

Life… I love you and hate you
I cry… when I can’t seem to get by
I… see good in what you do
So I… will be fine

What You do, Still love You
I don’t care, I don’t care
What You do, Still love You
I don’t, I don’t, I don’t care

Life… I love you and hate you
So I… will be fine

 

Tyle w temacie rocznicy…

Jakbyście ciągle próbowali złożyć w całość potłuczone kawałki…

Czas, ostatnio mam go w nadmiarze. Jeśli do tego dołożyć nieprzespane nocki, to robi się z tego naprawdę ogrom wolnego czasu, który powoli przekładam na wykończenie mojej książki, w końcu bo już sama się znudziłam tym oczekiwaniem na „the end” oraz porządki na blogach. Przyznam się, że prowadzenie dwóch blogów zaczyna być powoli dość kłopotliwe i dlatego myślę nad zostaniem przy jednym. Tylko nie chciałoby się za dużo zmieniać. Człowiek w końcu istota leniwa.

Pozytywnie zaczytana to mój osobisty blog, ale tak naprawdę joga to część mnie i dlaczego nie skupić się na jednym blogu i systematycznie go zapełniać zarówno przemyśleniami życiowymi, książkowymi czy jogowymi.? A taka myśl się zadomowiła w mojej głowie.

I tak dziś powróciłam do jogi. Na macie jeszcze w pełni ćwiczyć nie mogę, prowadzenie zajęć póki co jest również niemożliwe, ale pisanie o niej jak najbardziej potrzebne zwłaszcza w tak trudnym dla mnie momencie, momencie żalu i zwątpienia. Żal nad rolą matki, której nie mogę się doczekać, a zwątpienie dotyczy sensu mojego życia, w końcu od wielu, wielu lat pragnę zostać właśnie matką. I tak oto kółko się zamyka. Już prawie ponownie zaczęłam myśleć, że to wszystko to tak naprawdę sensu nie ma i trafiłam na cytat z książki „Joga światłem życia”, Iyengara. Trafił w samo sedno przypominając mi co do tej pory stanowiło sens mojego życia.

Joga pozwala na nowo odkryć poczucie pełni w  życiu, w którym już nie będziecie się już czuli tak, jakbyście ciągle próbowali złożyć w całość potłuczone kawałki. Joga pozwala odnaleźć spokój wewnętrzny, który nie da się zburzyć i zmącić przez ciągły stres i życiowe zmagania ( Iyengar, „Joga światłem życia”, s. 16).

Dokładnie tak jak ja czuję się w tej chwili. Wstaję, by zebrać resztki siebie i jakoś funkcjonować, pokazać otoczeniu że jeszcze nie umarłam. Dzisiejsze trzydzieści minut na macie to dla mnie krótki czas, zawsze ćwiczyłam dłużej, ale po takiej przerwie i tych setkach kawałeczków, w które zamieniło się moje ciało, stanąć na macie to naprawdę wielki krok. Fizyczny i psychiczny. Przypomniałam sobie, że bycie na macie odpręża mnie, daje spokój, napędza do działania, bo joga jest moim celem, tak jak pisanie a praktyka daje mi możliwość zawalczenia o siebie i swoje szczęście.

Dwa tygodnie temu skończyła się niestety moja przygoda z macierzyństwem, straciłam dziecko, kolejny raz poczułam się pusta i niewartościowa, niegodna roli matki. Zostałam sama ze swoimi myślami, z poczuciem bezsilności, ze stratą dziecka i stratą chęci do życia i szukania jakiegoś celu. To okropny czas… Pozwoliłam sobie na ten stan, żałoba ma bowiem wiele etapów przez które przejść trzeba i długa droga, by jak mówią było lepiej. We mnie to cały czas siedzi, kolejna strata ale niestety życie ma to do siebie, że jego nie obchodzi jak nam ciężko, po prostu trzeba żyć i jakoś funkcjonować. Dlatego ja,  jakoś próbuję żyć i jakoś próbuję  funkcjonować, pisząc i ćwicząc. Nie mam innego pomysłu na razie. Marzę o jednym, teraz, w chwili obecnej, by kiedyś znowu móc umieć się śmiać. Bo kiedyś pozytywnie zaczytana śmiała się na okrągło i takiej Marty mi brakuje…

66327641_2172297223061159_8755306058555064320_n

 

 

 

 

Siedem długich nocy, siedem jeszcze dłuższych dni

angel-1502351_1920.jpg

Minął już prawie tydzień…

Siedem nieprzespanych nocy, bezsensownych dni.

Siedem prawie samotnych chwil z myślami, z próbami radzenia sobie ze sobą, próbami wyjścia z domu,

Siedem dni temu jeszcze miałam malutką nadzieję, wierzyłam że będzie dobrze, że już wszystko co złe,  już mnie spotkało.

Siedem dni temu straciłam sens życia, cel. Została mi samotność, bezsensowne problemy, zmęczenie fizyczne, jakieś choróbstwa i kolejne badania, kolejne wyniki, kolejne stresy.

Lato  zaczęło się w dniu, w którym u mnie nastała zima. Czy ja coś jeszcze czuję?

Obojętność w dużym stopniu, żal i zmęczenie… Nie tylko fizyczne, zmęczenie swojej głowy i duszy.

Usłyszałam wiele właściwych słów, wiele z Was ze mną płakało, wiele z Was rozumie i wie, że teraz do niczego człowiek się nie nadaje. Ani do miłości, ani do uczucia, do pracy, do korzystania z przyjemności.

Po trzech stratach, nie chcę sobie mówić dam radę, będę silna.

Dać radę będę musiała, ale silna już nie zamierzam być. Chcę sobie dać czas, zdecydować co dalej, gdzie będzie mi dobrze i co powinnam.

Gdy miałam 18 lat, chciałam wyjechać na misję i pomagać dzieciom. Kocham dzieci, one są moim celem. Nie wiem, czy będę kiedyś mogła zostać mamą, ale może czas wydać książkę i wyjechać? Zostawić wszystko za sobą i spełniać marzenia.

 

Być przez chwilę matką. Strata

21.06.2019 r. straciłam trzeciego Aniołka. Trzy tygodnie wcześniej lekarz pokazał mi tą malutką fasoleczkę, która rozwijała się prawidłowo. 14.06. to dzień wyroku, brak echa zarodka, ciąża nie rozwija się, badania. 18.06 kolejna konsultacja, skierowanie do szpitala. Przypomniałam sobie rok 2016 i stratę drugiego dziecka, tak dla mnie to było dziecko nie tylko obraz na USG. Szok, trauma, niedowierzanie, dlaczego ja. Wtedy ciąża młodsza, teraz 10 tyg. Wyszłam niedawno ze szpitala, nie wiem co robić, jak żyć, boli mnie serce, dusza, nie umiem oddychać, nie umiem złapać tchu, nie wychodzę z domu bo cały czas łzy lecą, Teraz obraz mojego dziecka był wyraźny, dla lekarza w szpitalu tylko „proszę zobaczyć, już nic nie ma, proszę wrócić do pokoju, czekamy by się oczyściło”. Podpisywałam papiery zezwalające na zabieg choć ręce mi się trzęsły, łzy leciały. Pytałam jak to, już nic nie ma, było jeszcze, może źle pan widzi. Zero odpowiedzi, tylko samotność, powrót do pokoju i czekanie na nic. Pielęgniarki były przecudowne, pozwalały płakać, nie krzyczały. Pomagały, gdy koszmar się zaczął i pomogły o 20.37 po zabiegu. Nie chciałam wyjść ze szpitala, chciałam tam zostać z dzieckiem, trzymałam się przy rodzinie a teraz w samotności zastanawiam się co dalej, jak ja mam wrócić do pracy, do życia, do uśmiechu. Mam 37 lat, moje życie nigdy łatwe nie było, wszyscy mówili jesteś silna i dawałaś radę z gorszymi rzeczami. Gorsze rzeczy? A strata dzieci?Dostałam skierowanie do badań genetycznych, bo jak stwierdził lekarz coś z panią nie tak. Kolejny nóż w plecy, coś ze mną nie tak i zaczęłam się obwiniać. Wiem, że takich jak ja, jest wiele i wiele jest historii, które kiedyś skończyły się dobrze po wielu próbach, Ja póki co przestałam wierzyć i po raz pierwszy tak naprawdę nie wiem, czy z tej traumy da się kiedyś powrócić do rzeczywistości.

To był mój pierwszy komentarz, pierwsze słowa po stracie z piątku. Dzisiejsze, świeże emocje przelane na blogu, na którym poruszyła mnie pewna historia mamy, która też straciła dzieci.

Czując dalej…Tym razem nie jestem sama, ale wiecie co może dla dobra otoczenia powinnam być. Nie nadaję się do rozmów, nie nadaje się do życia, nie ma ze mnie pożytku, nie czuję już nic. Nawet nie mam ochoty na złość, na żal, czuję że po raz trzeci stałam się pusta w środku i tym razem nie pomoże mi nic, Joga, pisanie, pomoc dzieciom teraz nic nie ma znaczenia, nikt się nie liczy. Co noc mam koszmary, a obrazy w snach nie dają żyć.

Lekarz mówi, nadzieja umiera ostatnia. Ja uważam, że to nie prawda bo ja umarłam za życia. Piję bo pić trzeba, jem bo jeść trzeba, płacę rachunki bo trzeba, i dlatego może myślą że sobie daje radę, ale to gówno prawda. Robię to, by nie sprawiać problemów rodzinie ale tak naprawdę, nie mam na to wszystko ochoty, nie mam ochoty na to by uwierzyć, że kolejny dzień, tydzień, miesiąc będzie lepszy.

Dziś od godzinie 7:00 śledzę historię matek, które jak ja nie wiedzą jak sobie poradzić, jak wrócić do rzeczywistości. Jest nas tak wiele, każda historia to czyjeś łzy, smutek, żal, rozpacz. Wirtualnie czuję, że sama nie jestem, w końcu są kobiety które rozumieją to, co ja teraz czuję. Nie wiem dlaczego nas to spotkało, nie wiem jak nam pomóc, wiem tylko jedno, one zawsze zostaną w mej pamięci i sercu.

08. 2016r.

11. 2016r.

06. 2019r.

 

Nie będzie śmiechu dziecka, nie będzie jego pierwszych kroków, nie będzie jego pierwszych słów, nie będzie…

shoes-505471_1920.jpg