Tak długo jak o Nich pamiętamy, są z nami…

Myślę o Nich nie tylko 1 listopada.

Myślę o tych, którzy odeszli i których znałam. Myślę też o tych, którzy odeszli przede mną i których nie dane było mi poznać.

Myślę też o tych duszyczkach, których nie mogę odwiedzić na ich grobach ale na zawsze zostaną w mym sercu.

Mam taki jeden grób, to grób starszej siostry, której nie poznałam. I będąc u niej, gdy zapalam znicz za Nią, zapalam go również za te duszyczki co za szybko odeszły. Tak mi łatwiej i zapewne tak już zostanie do końca mych dni.

Mam też taki jeden zwyczaj, gdy ponad trzy lata temu musiałam się z kimś pożegnać, zapaliłam świecę i cały dzień paliła się ona na oknie parapetu. Gdy przypada ten dzień straty, każdej straty, zapałam świeczkę za każdą duszyczkę. I robię tak 1 listopada za wszystkich.

Osobiście uważam, że powinniśmy pamiętać o naszych Zmarłych nie tylko tego jednego dnia, ale może i dobrze że taki jeden dzień istnieje. Dla tych co nie pamiętają w ciągu roku, albo może jest im zbyt trudno myśleć o stracie i uciekają w zapomnienie, ten dzień uzmysłowi że na każdego z nas przyjdzie ten dzień, każdemu z nas zgaśnie jego indywidualna świeczka. I może warto doceniać każdy dzień życia, a dziś powspominać Tych, których już nie ma…

 

cemetery-4540072_1920.jpg

A pisząc o tym, że warto doceniać każdy dzień, każdą jego chwilę, fragment książki. Bo warto walczyć…

Będzie…

Będzie pot, krew, pierwszy krzyk dziecka.

Wymiana spojrzeń.

Pakt zawarty na wieczność.

Będą…

Butelki ze smoczkiem co cztery godziny, stosy pieluch, deszcz dzwoniący o szyby, słońce w twoim sercu.

Będzie…

Będzie stolik do przewijania, wanienka w kształcie muszli, ciągłe zapalenia ucha, góra pluszowych zabawek, nucenie kołysanek.

Będą…

Uśmiechy, spacery w parku, pierwsze kroki, rowerek na trzech kółkach.

Opowiadanie do snu bajki o książętach zwyciężających smoki.

Kolejne urodziny…

Będzie…

Następny rok szkolny.

Będą…

I czas będzie mijał.

Będą inne pobyty w szpitalu, inne badania, nerwy, inne leczenie…

Za każdym razem stawisz się do walki, strach będzie wiązał ci żołądek w supeł i ściskał serce, jedyną twoją bronią będzie pragnienie życia.

Za każdym razem powiesz sobie, ze cokolwiek się zdarzy, wszystkie chwile wyrwane fatum są warte przeżycia.

I że tego nikt nigdy ci nie odbierze.

(G.Musso, „Central Park”, s.346-347)

Jesień 2019

Zanim zacznę nową pracę, zanim wejdę w rytm życia zawodowego po 5 miesiącach postoju, spędzam ile mogę czasu na świeżym powietrzu. Lubię jogę i lubię rower. Dwa dni weekendu i obie miłości mojego życia zostały połączone w parogodzinny maraton w otoczeniu zieleni, przy pięknej pogodzie i z nadzieją w sercu.

Kocham Poznań, bo tu się urodziłam, kocham Opalenicę bo tu mam swoje M, a teraz mieszkam w Kościanie i to jemu poświęciłam dwa ostatnie weekendy jesienne.

Dzisiejsza trasa rowerowa to wyjazd z Kościana, po okolicznych wioskach jak Pianowo, Lubosz Stary i Racot. Krótki dystans, bo jedynie 25 kilometrów, ale ciało odpoczęło w ruchu 😉 A oczy nacieszyły żywymi kolorami jesieni.

72643915_2711335095564931_2229628608387743744_n

72714023_2711334712231636_7108839867575959552_n

72809127_2711334825564958_5347074141369401344_n

73381246_2711334985564942_1564651578000932864_n

75224746_2711334888898285_174793443686481920_n

Okolice Kościana to również Soplicowo i Skansen w Cichowie.

Nad urokliwym jeziorkiem oddałam się praktyce jogi 😉

72387068_2693103137388127_1752969186507751424_n

72588562_2693689093996198_6593188048228319232_n.jpg

72892095_2693103644054743_8738088406543761408_n

 

Cieszę się, że tak piękne dni mogę wykorzystać i cieszyć się chwilą. Mam nadzieję, że i Wy korzystacie z takiej pięknej pogody i nie siedzicie w domu przed telewizorem 😉

„Miasto dziewcząt” – Elizabeth Gilbert

Gdy przeczytałam książkę, „Jedz, módl się, kochaj” zakochałam się w twórczości Elizabeth Gilbert. Parę miesięcy temu dowiedziałam się o nowej premierze jej książki i tak oto stałam się jej szczęśliwą posiadaczką od pierwszych momentów pojawienia się jej w księgarni.

„Miasto dziewcząt” to naprawdę ciekawa pozycja na rynku i zdecydowanie różni się od wcześniejszych książek Elizabeth Gilbert. Skradła moje serce już od pierwszych stronic. Choć zaczęłam ją czytać w dość nerwowym dla mnie czasie, to miło było zatrzymać się w Nowym Jorku w latach czterdziestych XX wieku poznając życie bardzo ekscentrycznej kobiety, będącej jednocześnie narratorką powieści.

Główna bohaterka Vivian kieruje się w swoim życiu mottem: „Życie jest nie tylko ulotne, ale też niebezpieczne, dlatego nie ma sensu odmawiać sobie przyjemności”. Vivian dosłownie i to niezależnie od wieku, w którym była, traktowała to motto bardzo poważnie 😉

Nigdy niczego nie żałowała, za wszystko była wdzięczna i zawsze sobie radziła. Sama mówiła, że jest szczęściarą, bo czas wojenny mogła spędzić zachowując młodość i żyć tak, jak chciała do jej końca, no prawie…

Ta książka jest przede wszystkim szczera, może nawet aż do bólu. Choć Vivian to postać fikcyjna, to bardzo polubiłam tą kobietę. W życiu brakuje szczerych ludzi, zwłaszcza kobiet które nie boją się własnej seksualności, fantazji, nie boją się marzyc, nie boją się opinii innych, żyją tak jak chcą żyć i dlatego ja tą historię pokochałam.

Postać kobiety tak szczerej, tak mądrej życiowo, zabawnej i mającej przede wszystkim dystans do siebie pomimo popełnionych błędów życiowych.

Książki napędzane mądrością, humorem, szczerą wylewnością – stąd ich nieodparty urok (The New York Times Book Review).

Takie są niewątpliwie książki napisane przez Elizabeth Gilbert, polecam każdą, bo warto przeczytać coś dobrego, mądrego, życiowego i zabawnego.

 

72769257_2237048956585985_1979398560977780736_o

Zawiało optymizmem

autumn-1649362_1920.jpg

Choć za oknem jesiennie i to wcale nie jest złota, polska jesień, na moim blogu nie musi być szaro, buro i deszczowo, bo u mnie dzisiaj tak radośnie w duszy, na sercu i lżej w głowie. Powody?

Jest wiele powodów, przede wszystkim jestem zdrowa więc jest za co dziękować. Po drugie ciało dochodzi do siebie i za to jestem wdzięczna jodze, po trzecie mam wokół siebie wspaniałych znajomych, którzy trzymają za mnie kciuki i jest pewna dobra wiadomość, w końcu bo ostatnio zaczęłam się bać odbierać połączenia.

A tak ogólnie moja książka pojawi się „na świecie” w 2020 roku, takie małe zastępstwo za to dzieciątko. Ale w końcu i książka jest moim dzieckiem, tak długo się pisała i czekała na zakończenie.

A Wam jak zaczął się nowy, jesienny miesiąc?

Pozytywnie zaczytana wydaje swoją pierwszą książkę :):):):):):):):):):)

Mam krótki urlop, co prawda bardzo nerwowy, na miejscu, bez fajerwerków z pytaniem co dalej z życiem zawodowym ale za to z dobrymi wiadomościami;

wydaję swoją pierwszą książkę

Machina ruszyła, dopiero początek długiej drogi ale pojawiła się iskierka radości w tych trudnych miesiącach…

Przy okazji chciałam się podzielić z Wami innymi emocjami oraz kolejnymi pozycjami literackimi, które wpadły w moje ręce w ten dziwnie – trudny czas w moim życiu. Choć i te książki przypadkowymi się nie okazały.

I powoli kończy się czas, w którym bardzo dużo czytałam i pisałam. Chciałam powrócić jakoś do świata realnego. I choć on do miłych nie należy, to trzeba żyć, próbować, walczyć. Zawsze tak robiłam. Z różnym skutkiem, ale walczyłam. I z takim nastawieniem chciałam zacząć nowy tydzień. I po raz kolejny dostałam od życia prosto w twarz. Mówią, że po burzy wychodzi słońce… Zastanawiam się, dlaczego u mnie nawałnica nigdy nie mija. A jeśli omija mnie, to jedynie na krótki czas 😉

Ale wydarzyło się i wiele dobrego. Przestałam płakać, powoli godzę się z myślą, że nie każda kobieta może mieć dzieci. No i wiadomość wspomniana na samym początku posta, moja własna książka.

Przyjaciele… Najważniejsze, że Ci co mają być, pozostali. Ale w moim życiu bardzo często, zwłaszcza w chwilach zwątpienia pojawiają się dobre dusze, moje osobiste Anioły. Pewna Pani, właścicielka uroczego miejsca i pewien Pan, choć nie doktor od dusz, ale doktor. Ich dobre słowa, ich dobra energia. I to jest piękne. Przypadkowi ludzie, dawno niewidziani znajomi, członkowie rodziny, którzy gdzieś tam na troszkę ulotnili się. Ale są z powrotem. Oni nie zazdroszczą, oni nie oceniają, oni wesprą dobrym słowem, po prostu są w odpowiednim momencie. Dlatego nie mogę powiedzieć, wydarzyło się bardzo dużo dobrego.

Tylko pozostaje ten malutki żal, że gdy już nabiorę sił, gdy już mocno uwierzę w poprawę… Wracam do punktu wyjścia i gubię te zgromadzone siły i nadzieje. Aczkolwiek, od dłuższego czasu coś mnie męczyło, coś zabierało moją energię i choć wiadomość niemiła i zwaliła z nóg człowieka, który dopiero co powstał, może okaże się tym pozytywnym impulsem do zmiany. Któż to wie…

Moje czteromiesięczne zwolnienie to były miesiące radości spowodowane nowym życiem, zwolnienie tempa, nauczenie się, że nie trzeba ciągle za czymś gonić, potem wielka strata, szpital, trauma, dochodzenie do siebie i kolejny strzał, kolejne niedobre wiadomości. I ponownie ludzie, którzy kierując się tylko swoim egoizmem, poczuciem bycia „kimś lepszym”, to właśnie oni potrafią na nowo złamać i knuć i przy okazji cieszyć się tym, co osiągnęli będąc ode mnie, od nas tak daleko, a jak skutecznie podcinając skrzydła. Nadal uważam, że życie może być piękne i jest. Tylko myślałam, że mogę być w końcu spokojna i bezpieczna. Wydarzenia uczą, że tak naprawdę nigdy nie można się czuć spokojnym i bezpiecznym. I nigdy nie wiesz, na jakich ludzi trafisz.

Ale wracając do książek. Gdybym mogła na szybko wymienić ile pozycji przeczytałam w tym czasie zwolnienia, na trzydziestu by się nie skończyło. Najbardziej cieszy mnie to, że po prawie dwóch latach przeczytałam najnowszą książkę mojego ukochanego pisarza Carlosa Ruiza Zafona, „Labirynt duchów”. Ciągle brakowało czasu, ciągle go było za mało by w końcu książkę moc pochłonąć w zaledwie trzy dni, a było co chłonąć. Moje wydanie ma prawie 900 stron. Cudownie było znaleźć się w świecie Barcelony lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Historia pełna intryg, zdrady osób którym się ufało, w końcu powrót do mojej ulubionej księgarni Sempere i Synowie. W tej książce historia zatacza koło, poznajemy skrywaną historię matki Daniela, zatem ponownie zagłębiamy w przeszłość poznanych wcześniej bohaterów, a także jesteśmy na bieżąco z Barceloną znajdującą się pod reżimem generała Franco.

„Cień wiatru” dał początek tej historii, z kolei „Labirynt duchów” to znakomity jej finał.

Jeśli nie czytaliście serii Cmentarza Zapomnianych Książek, a lubicie fantastyczną fabułę pięknie napisaną, polecam z ręką na sercu. Wartooooo !!!!

Sierpień był bardzo długim i owocnym w zapoznawanie się z kolejnymi książkami. Już wiecie, że Zafon to mój ukochany pisarz, każdą wydaną przez niego książkę posiadam w swoim osobistym zbiorze 😉

Jednak istnieje jeszcze jeden, fantastyczny autor którego książki chłonę tak samo mocno, jak te napisane przez wyżej wymienionego pisarza. Mam na myśli Guillaume Musso. W zeszłym miesiącu ujęła mnie historia zawarta w książce pt: „Jutro”. Ten autor stanowi dla mnie pisarki autorytet, do samego bowiem końca nic nie wiadomo, a gdy już się czegoś domyślisz, już jesteś pewien jak to się zakończy, twoja koncepcja zdarzeń za sprawą sprytu i inteligencji pisarza wali się tak szybko, jak domek z kart. I to jest w jego książkach fantastyczne. Ta niewiedza do samego końca. Sądząc, po rezerwacji jaką stale muszę na jego książki dokonywać, czytelnicy są pod jego wrażeniem w takim samym stopniu, jak ja. To o czym książka jest?

Wszystkiemu winien jest używany laptop, za sprawą którego może odmienić się życiu wielu ludzi. A może za sprawą którego, ci co kochają dowiedzą się okrutnej prawdy a może i nawet zachowają swoje życie.

Sprzedający twierdzi, że laptop został gruntownie wyczyszczony, jednak to nie prawda. Znajdują się nadal na nim zdjęcia, a także adres mailowy osoby, która je wykonała. Powiem tak jest rok 2010 i 2011. Dla młodej kobiety i wdowca to ten sam dzień, ale innego roku. Tu zaczyna się ich historia prowadząca do rozwiązania niesamowicie okrutnej intrygi, która powiązana jest z żoną głównego bohatera, a także z właścicielką tajemniczego laptopa.

Opis książki: „Gra kłamstw? Żart wyobraźni? Manipulacja? Jak daleko można się posunąć, żeby ratować kochaną osobę?”. To świetny opis, bardzo dobrze napisanej książki i niewiarygodne zakończenie. W które ja do tej pory uwierzyć nie mogę.

Jeśli macie spóźnione wakacje, sięgnijcie po te pozycje.

A co dalej w planach? Kolejny świetny pisarz, Paulo Coelho.

Wakacyjny przegląd literacki

Jeśli człowiek już napisał swoją książkę, jeśli już tylko czeka na odpowiedź, jeśli już skończył i opowiadanie i już tylko czeka na wyniki, to takiemu człowiekowi zostały już tylko książki wydane przez innych.

Ale zacznijmy od moich prób literackich. Mam ostatnio troszkę więcej czasu i wykorzystałam go bardzo dobrze. Przynajmniej tak mnie się wydaje 😉 Opowiadanie wysłane na konkurs literacki, które napisałam zaledwie w jeden wieczór. To co wyszło spod przycisków na laptopie bardzo pomogło mi uporządkować moje własne emocje po stracie, która już na zawsze zostawi po sobie blizny. Czy będę jedną z trzech wytypowanych osób do przyznania nagrody, czy też nie, nieważne, bowiem jakiś ślad po tych emocjach, trudnych i bolesnych pozostanie.

A moja książka…Pisałam ją z przerwami bardzo długo, może i za długo. Ale widocznie potrzebowałam na nią więcej czasu, bo jest to książka bardzo bliska memu sercu…I Tyle na teraz o niej…

Ale wracając do głównego tematu dzisiejszego wpisu. Książki po prostu kocham. Dlaczego? One dają mi wszystko, czego potrzebuję. Książki o jodze rozwijają mnie, dzięki nim mam możliwość poznania anatomii ludzkiego ciała, poznania jego psychiki, poznania jego możliwości ruchowych. Te książki dają mi po prostu wiedzę.

 

Tych książek podczas tego przymusowego urlopu zabraknąć nie mogło.

Ale moje przygody z książkami, to nie tylko literatura fachowa, to również świetni pisarze, których odkryłam w te trwające jeszcze wakacje. W czerwcu odkryłam książki Joanny Miszczuk i jej sagę rodzinną opisująca kilka pokoleń kobiet, które dzięki darowi dziedziczonemu z pokolenia na pokolenie budują swe życie wbrew przeciwnościom losu. Każda z tych kobiet posiadała jakiś dar, ale wybrane miały olbrzymi wpływ na wydarzenia mające miejsce w epokach, w których żyły. Te książki opisują emocje, które towarzyszyły w ich życiu, trudy z jakimi spotykały się na co dzień. To nie są historie wesołe, czy nawet romantyczne. Te historie pokazały siłę i determinację kobiet, zwracając uwagę na wiele wątków.

Wybierając z półki książki tej autorki, zasugerowałam się ich tytułami. Nie czytałam krótkiego streszczenia z tyłu książki jak zawsze, po prostu wybrałam te książki z całego dobrodziejstwa inwentarza bibliotecznego i nie żałowałam. Zaintrygowały mnie ich tytuły 😉

  1. Matki, żony, czarownice.
  2. Zalotnice i wiedźmy.
  3. Córki swoich matek.

 

Kolejna autorka inna, ale o tym samym nazwisku, no i od tej pomyłki się zaczęło.

Katarzyna Berenika Miszczuk i jej „Szeptucha” po prostu mnie porwała, dzięki niej znalazłam się w XXI – wiecznej Polsce rządzonej przez Piastów, w której nadal ważną rolę przywiązuje się do tradycji, obrzędów i wiary w bóstwa. Niewiarygodna historia, umiejscowiona we współczesnym świecie pokazująca, jak mógłby wyglądać nasz kraj gdyby Mieszko nie zdecydował przyjąć się chrztu. Miejsce akcji Bieliny, główna bohaterka Gosława no i tajemniczy Mieszko, który… No właśnie, historia w której rządzi wiara, bóstwa, miłość i humor sytuacyjny. „Szeptucha” to pierwszy tom, dalsze historie bohaterów znajdziemy w kolejnych tomach serii: „Noc Kupały”, „Żerca”, „Przesilenie”. Polecam gorąco 😉

To były nowo poznane pisarki, których twórczość wywarła na mnie olbrzymie wrażenie. Cały czas jednak jestem wierna swoim stałych pisarzom, jednym  z nich jest James Rollins. Uwielbiam serię cyklu Sigma Force. Rollins to naprawdę utalentowany pisarz, ma na swoim koncie kilkadziesiąt książek, choć ja mam swoje ulubione tytuły: „Amazonia”, „Oko Boga”, „Burza piaskowa” i przede wszystkim trylogia Zakonu Sangwinistów: „Ewangelia Krwi”, „Niewinna Krew”, „Diabelska Krew”. Do trylogii właśnie powróciłam, świetna historia, mroczna historia, która pobudza ogromnie naszą wyobraźnię.

I jeszcze raz polska pisarka, Anna Ficner-Ogonowska i jej nowa powieść, „Okruch”, którą pochłonęłam w parę dni, ponad 700 stron 😉 O czym jest?

Jedno spojrzenie, jeden dotyk, jedno słowo. Od tej chwili życie dwojga ludzi zmieni się bezpowrotnie. Ona wreszcie zmierzy się ze swoim strachem przed bliskością. On odkryje prawdę o sobie i swojej rodzinie.  „Okruch” to niezwykła powieść, która przywraca wiarę w sens życia i pozwala zrozumieć, czym jest odpowiedzialna miłość.

„To prawda, że jedna iskra wystarczy, by wywołać pożar i zniszczyć wszystko wokół. Ale jeden dobry okruch pamięci wystarczy, by wiele zachować, by karmić się nim przez całe życie. Zrozumiałam, że to moja jedyna nieskończoność.” (fragment książki).

I powiem Wam jeszcze jedno, przeczytał też tą książkę Facet, który po pierwsze jest Facetem, a po drugie nie lubi książek, więc i Jego musiała ta historia porwać.

Lubię też magazyny, „Pani” i „Zwierciadło”, w nich jest sporo życiowej mądrości.

A Was jakie książki porwały w te wakacje?

😉

 

A może ten do góry założył się o coś fajnego ze swoimi Aniołami?

christmas-3840264_1920.jpg

Książka zakończona, opowiadanie na konkurs wysłane, wczorajszy dzień przeżyłam. Było ciężko, miesiąc po nie potrafię jeszcze normalnie żyć, ale próbuję bo w zasadzie nie mam wyjścia. Ten do góry cały czas uważa, że mam tu jeszcze na ziemi coś do zrobienia. Może jest ciekawy, czy ktoś zachce tą książkę przeczytać? A może założył się z Aniołami o coś fajnego? W końcu nieraz wystawiał mnie na próby. Wielu moich przyjaciół, tych co zostali i tych prawdziwych i tych wirtualnych od lat mnie przekonuje, że powinnam pisać i że moim powołaniem jest zajmowanie się dziećmi, które nie miały normalnego domu, może trochę tak jak ja sama. Nic nie dzieje się bez przyczyny, moje znienawidzone zdanie ale sama zastanawiam się nad tym wszystkim. Trzy próby i żadna się nie udała. Próbować dalej czy się poddać, a może nie poddać się tylko spełniać swoje zamierzenia sprzed lat? Gdy byłam młoda i niedoświadczona marzyłam o wyjeździe w dalekie kraje i pomaganiu potrzebującym dzieciom. Widziałam siebie w Czerwonym Krzyżu. Zawsze daleko, nigdy nie przy biurku, na etacie. Gdy skończyłam studia, zaczęłam pracę w korporacji, mogłam zrobić karierę, miałam raz taką szansę, ale nie skorzystałam bo zawsze marzyłam o rodzinie. Nie chciałam być jak ci, którzy byli całkiem fajnymi ludźmi a później coś złego się z nimi stało, zmienił ich pieniądz i władza. Wyjechali, są w Warszawie. I ja tam mogłam być, a jestem tu. Z kubkiem kawy, przed laptopem, czekając na decyzję. Czy książkę ktoś zechce wydać? Pieniądze nigdy nie były dla mnie ważne, dużo ich nigdy nie miałam, ale i tak wiele osiągnęłam. Sama, z pomocą determinacji i całkiem przypadkiem pojawiających się w moim życiu dobrych aniołów, w odpowiednim momencie. Gdybym mogła żyć z pisania, byłabym spełnionym człowiekiem. No fakt, brakuje w domu łóżeczka, które prawie już zostało wybrane, a pasierbica pyta się kiedy je wstawimy… Ale nikt nie powiedział, że kiedyś jakieś dziecko tak po prostu nie pojawi się w moim życiu. Może i ten do góry czeka specjalnie na dobry moment? A książka. Wiadomo, nie musi się spodobać, nie musi być wcale dobra. Ale dla mnie to i tak sukces, bo tą książkę pisałam 8 lat i jest dla mnie po prostu ważna. Zaczęłam ją pisać, gdy zostałam sama, gdy moje małżeństwo zostało przerwane wyrokiem sądu, to było osiem lat temu. Pisałam pierwsze 60 stron przez miesiąc, a potem nagle przestałam. Zajęłam się siłownią, jogą, zdawaniem na prawo jazdy, wyjazdami, żyłam pełną piersią, a pisać po prostu przestałam, no bo się bałam. Teraz wiem dlaczego. Bo to co robiłam, to była ucieczka. Dopiero pisanie ukazuje moje prawdziwe emocje, moje prawdziwe marzenia, cele. Pisząc, jestem sobą. Umiem cieszyć się z tego co mam, umiem doceniać to co mam i nie chcę robić tego, co mi nie pasuje, to ja gdy piszę. Gdy piszę jestem poważna, czasami całkiem zabawna, szalona, zakręcona. Taką prawdziwą Marta, którą kiedyś byłam na co dzień, a dopiero teraz powoli staram się ją ożywić, przypomnieć że pomimo nieszczęść, ba na przekór im można się nadal cieszyć życiem. Dlaczego? Bo trzeba i tyle, lepiej być szaloną niż ciągle przygnębioną, bo to nawet dobrze działa na cerę 😉 Szaleństwo i pozytywne zakręcenie.

Bycie na macie powoduje, że ciało moje staje się silniejsze,  mniej podatne na stres i schorzenia, ale pisanie sprawia że żyję nadal, pomimo tego wszystkiego co mnie spotkało, tych wszystkich złych okresów w życiu, to słów pisane stało się moją prawdziwą terapią. Dlatego nawet, jeśli nie spełnię tego marzenia, nadal będę pisać. Bo nie umiem już nie pisać, nie chcę nawet przestać.

Tak naprawdę równolegle z tą książką, zaczęłam pisać inną historię…Przy pierwszej książce, wiele rzeczy które w niej zawarłam lata temu, sprawdziło się, może i następna stanie się spełnieniem pewnej wizualizacji, którą dokonują za pomocą wyobraźni i słów. Oczywiście nieświadomie…