Tradycyjnie na wesoło, tradycyjnie z zadumą

Marzec mija szybko i bardzo intensywnie. Dużo pracy, ale i wolnego no i ciągłe rankingi zakażeń i niewiadoma, zamkną nas na święta czy nie. Ale pomimo trwającej już ponad rok pandemii, dobrze wykorzystuję czas. Podczas 12 godzinnej pracy nie myślę o tym, co się dzieje, a gdy wracam z pracy inaczej pożytkuję czas. Postanowiłam w tym roku wydać swoją drugą książkę, chciałabym by to się stało w dniu moich urodzin, już ostatnich z „3” na czele. Niestety, czas jest bezlitosny. I jakoś mi idzie, nawet bardzo dobrze. I ta chęć wydania drugiej książki napędza mnie, moją głowę i moje myśli. Każdy kto mnie zna, ale nie powierzchownie tylko dobrze wie, że ja gdy piszę, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, to tak jakby słowa które przelewam na papier, wyzwalały mnie i dawały niestworzonej energii. Tak, wiem, piszę jak nakręcona. Co zrobić, taka jestem 🙂

Ale ten czas, to również moja i mojego męża pewna tradycja. Wyjazdy, bo to one najlepiej scalają związki i my tak uważamy, choć nasz związek zaliczamy do grupy, to skomplikowane.

Niecałe dwa tygodnie temu, pojechaliśmy kolejny raz do Wrocławia, ale pierwszy raz wspólnie w nim nocowaliśmy. Byli z nami również moja kuzynka i jej mąż. Od lat się nie widzieliśmy, ale sprawdza się pewna zasada, jeśli mocno się chce, idzie się spotkać. I to był cudowny weekend i czas. No dobra, tylko pogoda nam nie dopisała. Na mieście nic skonsumować nie można było, ale my postanowiliśmy zrobić sobie wieczór włoski. Domowa pizza, sałatka i wino. Można? Oczywiście, że można. Ale zanim dojechaliśmy do rodzinki, ponad 45 minut szukaliśmy wolnego skrawka na zaparkowanie. Jednak gdy znaleźliśmy miejsce, okazało się że w strefach bliskiego kontaktu ze Starówką, opłaty parkingowe pobierane są od poniedziałku do niedzieli. A myślałam, że tylko Poznań pod tym względem wygrywa w rankingu pt: jak udupić przyjezdnego. Ale jakoś sobie poradziliśmy i za parking nic nie zapłaciliśmy, całkowicie legalnie dodam 😉

Sobota upłynęła spokojnie, rodzinnie i za szybko. Z kolei niedziela, aktywnie. Wejście na Ślężę – zwaną Górą Sobótka. W jedną stronę niecałe 4 km, warto było, ale zdecydowanie powrócimy tu z mężem latem.




Ja i moja kuzynka.Iza różowa, ja żółta. Pierwsze rodzinne foto po latach 😁Ale tak naprawdę pierwsze 😛

Ten weekend dla mnie to był również czas, w którym miałam odpowiedzieć sobie na parę pytań. Mając za sobą jedno małżeństwo, które zakończyło się tym, czym się zakończyło człowiek staje się bardziej wyczulony w drugim, nie chce popełnić błędów, choć te są nieuchronne. Gdy ma się dwadzieścia parę lat, głowa zapełniona jest innymi myślami, niż ta w wieku trzydziestu paru. Małżeństwo to sztuka kompromisu, wzajemnego słuchania, rozmawiania o potrzebach tej drugiej strony. Kiedyś nie dostrzegałam drobiazgów, drobnych gestów takich jak przygotowane łózko gdy wracam późno z pracy, a męża nie ma, gdy dostaję bukiet kwiatów nie bo akurat jest okazja, święto w kalendarzu, ugotowanie przez Niego zupy pomidorowej, którą kocham nad życie i która ma rozgrzać mój żołądek po całym dniu pracy, to podarowany misiek który miał mnie pocieszyć, gdy zdecydowałam odejść z pracy i w końcu karteczki i listy od czasu do czasu. Gdy człowiek musi zdecydować, gdy człowiek musi wybrać, przywołuje te wszystkie chwile i myśli sobie, to musi być coś więcej niż zauroczenie. To jest te ciche słuchanie potrzeb, to jest znajomość tej drugiej strony. Ale co jeśli tak bardzo chce się czegoś, a ta druga strona nie chce tego dać? I co wtedy powinna zrobić taka Monika, Natalia czy Ewka.

Na wycieczce w Toskanii koleżanki, które poznałam w autokarze powiedziały mi jedno, pamiętaj facet jest w twoim życiu, ale może zaraz cię zostawić, a dziecko będziesz kochać miłością bezwarunkową i nigdy nie bądź z kimś, kto nie chce dać ci możliwości poznania tego uczucia. Tyle, że i ja się chyba boję. Boję, bo wiele prób za mną, wiele bólu, szpitali, pogrzebanych nadziei. Zazdroszczę kobietom, które za wszelką cenę, robią wszystko by zostać matkami. Ja bym chciała i tak bardzo się boję i tak bardzo nie wiem co robić, bo przecież czas leci nieubłagalnie. Piszę o tym, bo tak wiele osób niesłusznie myślało, że najpierw nie mam dzieci z wygody, potem bo nie mam męża, a potem bo… I ciągle coś. Ja mam za sobą wiele prób, pobytów w szpitalu, robienia wszystkiego by się udało, prób negocjacyjnych by spróbować może i ostatni raz. Ta niewiedza dlaczego, jest najgorsza. Może gdyby mi ktoś powiedział, że to przez coś. Ale takie zawieszenie, powoduje frustrację i ból. Ból gdy patrzysz na męża, który jest ojcem i zna to uczucie, Ból gdy patrzysz na Jego córkę i myślisz, ty nigdy nie miałaś ojca, a nawet nie poczujesz jak to jest dać miłość będąc matką. To wszystko powoduje ból, rozpacz i nieraz musisz udawać silną, szczęśliwą a chciałabyś uciec, wyjechać do Toskanii, pisać książki i zostać tam na zawsze. Ale to by była znowu ucieczka. Bezsensowna ucieczka, która nie zaleczyłaby rany, bo to wszystko jest we mnie, bo tego co przeżyłam nie da się wymazać, z tym trzeba nauczyć się żyć i próbować żyć jak najbardziej sensownie. I wiem, że pewnym rozwiązaniem byłaby akceptacja tego, co mnie spotkało, ale ja należę do upartych istot i nie chcę się poddać, chcę spróbować, chcę jeszcze raz spróbować.

A miły akcent na koniec? Mam do niedzieli wolne, tak po prostu z grafiku i zaraz wsiadam na rower by pojechać w nieznane, bądź znane, a kto to wie gdzie nas rowery poniosą. Mimo nowych obostrzeń, mimo tego syfu który od roku zatruwa nam życie, trzymajcie się i nie dajcie 😉

A gdy wrócę, wracam do pisania 😉

Trasa 21 km. Super sprawa. Polecam ruch 😁

To teraz po jodze, rowerze czas na spacer 😍

Dzień kobiet to stan umysłu

Choć Dzień Kobiet, ten kalendarzowy dopiero przed nami i Wami :), więc korzystając z wolności jaką dał mi grafik w pracy, taki piękny dzień rozpoczęłam we wtorek, tak po prostu w środku tygodnia. Parę godzin snu po nocce, a potem wsiąść do… I pojechałam do Poznania. Gdy czuję taką potrzebę, gdy chcę świętować lub gdy po prostu mam taką ochotę, wybieram moje miasto rodzinne jako miejsce odpoczynku i naładowanie podupadłych akumulatorów. Teraz też tego potrzebowałam, a że mogłam dodatkowo zarezerwować sobie nocleg, byłam po prostu przeszczęśliwa. Hotelik w centrum, tyle ze tak jak mój nowy bohater Olek, i ja miałam problem z zaparkowaniem. No ale po paru okrążeniach, udało się. Można było zameldować się w hoteliku i wyjść poszlajać się ulicami miasta, poczuć się jak prawowity mieszkaniec, jak kiedyś. Tyle, że ta pandemia, to co jest z nami przez rok, wypłoszyła troszkę ludzi. Półwiejska nadal zawalona, pączkarnia nadal otwarta i nadal ciesząca się ogromną popularnością, to jednak mniej, tak ciszej, tak inaczej. Eh. Staram się nie oglądać TV, zwłaszcza tych rządowych głupot, ale jak słyszę że znowu chcą nas na święta zamknąć. To wszystko nie jest fajne i normalne.

Ale ani w miniony wtorek, ani tym bardziej w środę o tym myśleć nie chciałam. Poznań wieczorową porą, Poznań spokojny i magiczny. Ale to nie tylko za sprawą wolnego, spaceru i nadchodzącej wiosny poczułam się tak błogo. Wstąpiłam na moment do perfumerii, od jakiegoś czasu podoba mi się zapach, zapach mojej młodości. Euphoria. Zapach orientu, magii, fantazja w królestwie marzeń. Ale zeszłam na ziemię, gdy zobaczyłam cenę. Poczekam na promocje 😉

Po powrocie chciałam stworzyć kolejne stronice mojej nowej książki, tyle że zmęczenie po 24 godzinnej służbie i 4 godzinach snu dało o sobie znać. Wsłuchując się w miejski gwar, otulona wieczorową porą, zasnęłam.

Poranek w środku tygodnia w mieście?

Rankiem, bo mój mąż zostawił mnie bym świętowała, a sam wrócił do domu i poszedł do pracy. Ja skupiłam się na sobie, na pysznym śniadaniu które dostarczono mi do pokoju hotelowego. Nawet kawa jakoś inaczej smakowała. O 10 miałam umówioną praktykę jogi w studio, w którym praktycznie zaczynałam swoją przygodę z jogą i w którym moja bohaterka Zosia, spędza poniedziałkowe popołudnia. Obie lubimy te same miejsca, zadziwiające. Cały dzień spędziłam z Agnieszką, którą znam przeszło 15 lat. Pozytywna dusza, piękna kobieta i nadająca na tych samych falach co ja. Dzień kobiet właśnie z Nią miał w sobie coś magicznego i pełnego energii. Po jodze udałyśmy się na dłuuuugiiii spacer, Cytadela i piękne słonko. Pogoda nam dopisała. Tu spędziłyśmy więcej czasu. Była pyszna kawa, cos słodkiego, rozmowy łatwe i trudne, było rewelacyjnie. Później zostałam odprowadzona na dworzec kolejowy, ten sam na którym Ania, bohaterka Historii pewnego zakończenia dała sobie prawo do szczęścia.

Takie dni, takie momenty zwłaszcza w tych czasach polecam wszystkim. Nie zamykajcie się w domach, korzystajcie z życia 😉

Lutowy zawrót głowy, a Zamek w Grodnie

Luty, to tak już bliżej marca, a jak już bliżej marca to kalendarzowa wiosna, dłuższe dni, cieplejsze miejmy nadzieję, dodałabym jeszcze że może normalniejsze (w końcu prawie rok żyjemy z pandemią) ale w tej kwestii trudno być optymistą, a nawet trudno być jasnowidzem. W ogóle to trzeba żyć z dnia na dzień bo nawet inaczej się nie da.

Cześć obostrzeń zniknęło 12 lutego, ale świat i tak wydaje się smutny. Te maseczki, zakryte twarze, dobrze że w oczach można zobaczyć uśmiech (teraz bardziej się przyglądam oczom innych ludzi, w końcu one są zwierciadłem duszy, nieprawdaż?). Gastronomia, mój fitness nadal zamknięte. To sobie jeszcze poczekam z otwarciem studia. Wielu znanych mi ludzi, zakończyło przygodę z własnym biznesem, lub jest na końcówce swojego Istnienia. Poznań, moje rodzinne miasto, wcale nie małe pustoszeje, znika wiele fajnych miejsc, choć najbardziej boję się o kawiarnię znaną mi z lat dziecięcych o wdzięcznej nazwie Kociak. To nie napawa optymizmem i może dobrze, że jestem w pracy po 12 h, zaraz po niej idę prawie spać, i nie mam czasu analizować tego, co się dzieje. Zwłaszcza nie mam czasu na telewizję. Mój umysł zachowuje swoją normalność, mam nadzieję.

Czym żyję? Dniem, każdym dniem który starannie planuję. Cieszę się wolnym weekendem, czy wieczorem w środku tygodnia bo wiem, że wtedy zasiądę przed ekran komputera i zacznę pisać w tym miejscu lub po prostu dokończę drugą książkę. Żyję dobrym odzewem i słowem dla mojej wydanej niedawno książki, cieszę się wyjazdem w góry. Tak, w Walentynki udaliśmy się z Mężem do Książa i zwiedziliśmy Zamek w Grodnie. Jak my lubimy po pierwsze jeździć autem, po drugie zabierać z sobą kanapki i termos z herbatą, po trzecie zwiedzać zamki polskie i nie tylko. My jesteśmy specyficzni. Po nockach, po dniówkach może nie o 6 rano jak zakładał budzik, ale o 8 wstaliśmy by zwiedzać w piękny, zimowy dzień polskie ziemie.

Trasa, szybka. Eską w taki dzień jedzie się bezproblemowo. Nie to co ja w zeszłym tygodniu, w poniedziałek. Zima zaskoczyła kierowców, czyli i mnie, bo 60 km/h to dość nietypowa sprawa na esce. Ale 14 lutego było inaczej. Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu. A tak przy okazji, czas… Kiedyś, a dziś. Kiedyś kilka dni jazdy koniem, saniami by przemieścić się z punktu A do punktu B, a dziś. Dwie godziny, i zamieniasz płaskie podłoże na góry. Zapewne jakiś król powiedziałby koniec świata 😉

Wracając do Grodna. Zauroczyliśmy się tak bardzo tym miejscem, że wykupiliśmy wejście z przewodnikiem. Plus odmrożenia gospodarki w czasach pandemii. Pani przewodnik opowiedziała nam wiele fascynujących anegdot no i oczywiście historię Białej Damy, choć i nasza wielkopolska, a dokładnie kórnicka równie intrygująca jest.

Ale jak to zawsze piszę, zacznijmy od początku. Na Zamek wchodzi się pod górkę, więc jeśli na dworze jest mróz, to po paru krokach czujesz rozpływające się po ciele ciepło. Jak przyjemnie tak. I gdy dochodzisz na koniec szczytu Twoim oczom ukazuje się zamek. Robi wrażenie. Dolny Śląsk słynie z ciekawych zamków i pałaców. Ten robi wrażenie i wart był kwoty 20 zł za obejrzenie go z przewodnikiem. Naprawdę, polecam.

Zamek Grodno został wzniesiony w XIII wieku przez Księcia Bolko I, a wokół niego powstała  osada  o tej  samej nazwie . W kolejnych stuleciach wieś przechodziła w ręce kolejnych właścicieli Grodna. Nie będę pisać o właścicielach, gdyż ponieważ było ich tylu, a po drugie to nie lekcja historii. Opowiem Wam o tym, co mnie urzekło w historii zamku.

Z  Zamkiem Grodno  wiąże się wiele  tajemniczych opowieści , a jedną z nich jest  „Legenda o śląskiej Kasztelance Małgorzacie”. Loch głodowy, gdzie znajduje się szkielet Małgorzaty, a tak naprawdę szkielet przypadkowego mężczyzny i kobiety. Dokładniej rzecz ujmując, dół należący do mężczyzny, góra do kobiety i nie jest to Małgorzata. A dlaczego została strącona do lochu? Czasy dla kobiet były trudne. Małgorzata kochała pewnego młodzieńca, ale oczywiście jej ojciec nie pozwolił jej na wybór i sam zaproponował jej kandydata na męża. Dwudziestoparolatka musiała poślubić starszego o ponad 30 lat bogacza, by zadowolić ojca. Teraz, dzięki niebiosom mamy inne czasy, choć ta wolność powoli jest nam w pewnych dziedzinach odbierana. Małgorzata jednak, nie dała za wygraną. Wymyśliła sposób na pozbycie się męża. Zaprosiła go na spacer, upuściła chusteczkę a potem delikatnie popchnęła męża ze skarpy. I miałaby spokój, gdyby nie to że z wieży widział to jej ojciec. Wtrącił ją do lochu głodowego. Ale… Młoda kobieta nie poddawała się. Żyła, choć nie jadła i nie piła. Miała pomocnika, który codziennie po kryjomu przynosił jej posiłek. Niestety i tym razem nie udało się, a młodzieńcowi, jej miłości, zaborczy ojciec ściął głowę, położył ją przed kratami lochu. Małgorzata poddała się. Umarła z rozpaczy. I tak księżna chodzi sobie po zamku i straszy. Ale tak naprawdę sala głodowa znajduje się na pierwszym piętrze, i specjalnie to miejsce wybrano by Małgorzata oglądała dzień w dzień miejsce swojej zbrodni.

Parter to przedsionek, w który, znajduje się pokazowa sala głodowa, krzyże pokutne, w podziemiach sala tortur. Robi wrażenie. Podobno ludzie umierali w męczarniach, by król mógł zabić czas i świetnie się bawić.

Pierwsze piętro to sala myśliwska. Nic specjalnego, gdy nie jesteś myśliwym, ale kiedyś to była zwykła komnata. Świadczy o tym prywatna ubikacja. Czyli otwór w parapecie przy oknie gdzie można było załatwiać swoje potrzeby. Dalej sala rycerska zwana zbrojownia. W niej przebywać mogli jedynie mężczyźni. Obecnie nazywana kominkową, gdyż w jej wnętrzu znajduje się jedyny kominek, wykuty częściowo w skale, na której zbudowany jest zamek. Tak bo zamek nie ma fundamentów, jest zbudowany na skałach. Pięknie spędzona godzina. Na koniec krótki filmik w sali multimedialnej, gdzie na wygodnych czerwonych fotelach można było obejrzeć 8 minutowy film na suficie. Szkoda tylko, że w tych cholernych maseczkach.

Zatem polecam, wart obejrzenia.

Tak jak Książ, ale o nim już wspominałam kiedyś. Więc tylko dodam, że sprzedawali pod zamkiem świetną grochówkę i grzane wino ;):):)

A teraz Książ;)

Kolejna odsłona mojej książki ;) Symbolika

I ja czekałam długie lata, 9 długich lat by może nie zapomnieć, ale pozwolić odejść temu, co było kiedyś dobre a potem złe i to złe doprowadziło, że zapomniałam że w życiu nic nie trwa wiecznie i trzeba cieszyć się z tego, co przynosi dzień.

Każdy z nas może kiedyś znalazł się na dworcu, czy to w Poznaniu, czy Krakowie, Warszawie i może pożegnał się z przeszłością, by powitać teraźniejszość.

Ania i Daniel. Przed nimi jeszcze długa droga, bo traumy z jakimi się borykają, tak łatwo nie odpuszczą. Ale to czas, dobre nastawienie i ta właściwa osoba, może to zmienić.

T.Miękina – „Aleo Burza na Północy”

Dziś zaprezentuję Wam kolejną recenzję 😉 Książka wyjątkowa, i już spieszę donieść dlaczego.

Historia to, której dawno nie opowiadałem. Słowa, które do dziś szepczą w mojej głowie. Siądźcie dookoła i posłuchajcie, a melodia tej pieśni niech płynie dalej, niż słuch może dosięgnąć, dalej, niż wzrok potrafi dojrzeć. Oto właśnie są dzieje powstania Aheroth i tego, co musiało wydarzyć się potem.

Co najbardziej urzekło mnie w tej książce? Barwne i piękne opisy, które wprowadziły mnie do innego świata. Zwyczaje, tradycje i legendy, a wszystko to przekazane pięknym stylem i językiem. Wydaje mi się, że autor książki potraktował swoją historię z należytą pasją i oddaniem, i to wyczuwam w tej książce.

Historia dziewczyny o rubinowych włosach, pięknej Aleo, historia jej dobroci, którą emanuje w czasach trudnych i nieprzewidywalnych. To życie ludzi, którzy podporządkowani są porom roku, zwyczajom i tradycjom. Jeden z nich szczególnie przypadł mi do gustu, witanie nowego roku lampionami. I piękna tradycja witania się, „bądź zdrów”.

Nie chcę zdradzać historii, zwłaszcza że sama z niecierpliwością czekam na jej kontynuację, ponieważ chciałabym, drodzy Czytelnicy byście sięgnęli po tę książkę i sami znaleźli się w tej bajce, gdyż warto na chwilę zmienić swój świat i znaleźć się w tym dalekim i nieznanym.

Gdybyście chcieli poznać bliżej autora, polecam Jego stronę autorską 😉

Aleo – seria powieści | Facebook

Konkurs

Siedem, wspaniałych miesięcy temu moja książka Historia pewnego zakończenia pojawiła się na świecie.

10 czerwiec okazał się jednym z piękniejszych dni mojego życia. Obecnie piszę drugą książkę i wpadłam na pewien pomysł.

Konkurs. A co tam, zawsze jest ten pierwszy raz, no nie?

Na pomysł wpadłam porą wieczorową. Nie wiem, czy kogoś to zainteresuje, ale wychodzę z założenia że warto spróbować. Lubię poznawać nowe osoby i ich wyobraźnię. Czy chcecie ze mną współtworzyć nową historię, nowego bohatera. Jak? Szukam dobrego bohatera i miejsca, w którym mieszka lub z którego pochodzi. Jak wygląda, jak ma na imię, czy jest mężczyzną czy kobietą.

A moja bohaterka? Zosia to Pani archeolog. Lat 38. Rok akcji to 2020. Wykłada historię dawnego Egiptu. W Poznaniu. Poszukuje mamy i odkrywa ją na nowo za sprawą jej pamiętnika. I szuka też ojca, którego nigdy nie poznała. Zosia ma tylko przyjaciółkę. Zofia uczestniczy w poszukiwaniach mamy, która rozpoczęła pewną grę teraz, po 20 latach nie pojawianiu się na żywo w życiu córki. A kogo ja szukam? Wymyślcie ciekawego bohatera, który pojawi się w Życiu Zosi, z miejscowości którą lubicie. Jest mama, może ojciec i przyjaciółka. Ten bohater ma pozytywnie namieszać w Jej życiu. Ale nie ma być jej miłością. To zbyt proste 😛😄

Najciekawszą odpowiedź, czyli opis nowego bohatera, plus miejscowość gdzie mieszka, zamieścić można tu w komentarzach, a ja wybiorę najbardziej pokręconą i tej osobie zadedykuję też nową książkę. Co Wy na to? A do kiedy konkurs trwa ? Hm… A zróbmy do 14 lutego, do godziny 23:59 💛🙏💛🙏💛

Konkurs zamieszczony również na mojej stronie autorskiej 😉

Powodzenia

Marta Grygiel – strona autorska | Facebook

Cela 78 – Agnieszka Kazała

Uwięzienie to niekiedy stan umysłu i brak odwagi, by coś zmienić

Historia, którą chce się pochłonąć.

Ta historia to trochę i ja sama. Kiedyś byłam w takim więzieniu, praca która ładnie wygląda w CV, prestiż, ładny ubiór i uśmiech na twarzy, choć gdy nikt nie widział żal, rozpacz i poczucie, że jesteś nikim. Wyrwałam się z tego więzienia, jak bohaterowie historii Agnieszki. I podobnie jak jedna z bohaterek, która miała odwagę zaryzykować, i ja prawie to zrobiłam, tyle że mnie zatrzymała pandemia. Ale wiem, że wszystko jeszcze przede mną.

Agnieszka pisze o tym, że nieważne ile masz lat, ile już w życiu przeszłaś, przeszedłeś, zawsze masz wybór. No dobrze, nie zawsze jest to proste i nie zawsze tak od razu można coś zostawić, ale czasami nawet jeśli tak zrobimy i jest nam trudno, nawet bardzo, po czasie okazuje się, że to był wspaniały wybór, jeden z lepszych jakiego w życiu dokonaliśmy.

Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Historia z życia zwykłego Pana X, Pani Y, dlatego wróżę same dobre recenzje książce.

Nie garbaty, ale los wielu kobiet, jak ty zakochanych w draniach. To świetny pomysł. Pisz, kochana. Czytuję Twojego bloga, jest bardzo ciekawy. Jesteś bystra i masz fajne spostrzeżenia. Pisz, przelej wszystko na papier, a co się z tym dalej stanie, czas pokaże. Może to wydasz, a może nie. Ale na pewno będzie to dobrą terapią na te ciężkie troski. Nie niszcz zdrowia nerwami, bo nie warto. Żaden chłop nie jest tego wart.

Pisanie jest świetną terapią, a ja uwielbiam autorów którzy piszą ciekawie i lekko. Agnieszka robi to w taki właśnie sposób. Dzięki jej słowom, przypomniałam sobie swoje perypetie i moje własne marzenia, które się spełniły. Dlaczego? Bo to były naprawdę cele, które zrealizowałam bo chciałam. Bohaterki Agnieszki mają szansę na to samo, wystarczy uwierzyć w siebie, a reszta przyjdzie. Prędzej, czy później.

Historia też przypomina, że niezależnie w jakiej pracy jesteśmy, co robimy, jakie mamy obowiązki żyjemy z innymi ludźmi, a każdy z nich ma swoje historie, swoje dobre i te złe dni. I w relacjach międzyludzkich bardzo dużo zależy od nas samych, i jeśli jest szansa zróbmy tak, by minimalizować trudne relacje, a te toksyczne eliminować.

Książka Agnieszki ma wiele przekazów, ale gdybym miała powiedzieć jeden, najważniejszy. To może słowa Agnieszki z dedykacji:

By życie stanowiło cel i wyzwanie, a nie było celą.

Dziękuję za tę książkę i polecam z całego serca ;):):)

Śnieżna chwila

Początek roku.

Nowa praca, nowe otoczenie, nowy tryb pracy, dużo nowych sytuacji, które niekiedy są ekscytujące, niekiedy trudne, niewygodne, ale jedno się nie zmienia. Nadal czytam, właśnie skończyłam Bezsenność Kinga. Cóż, dziwna książka. Trudno mi coś o niej napisać. Ciekawa fabuła, czasem mroczna ale to oczywiste jeśli sięgamy po książki tego autora. Aury ludzkie, baloniki z wstążkami, cel i przypadek w formie dziwnych ludzików. I para staruszków, którzy widzą tajemnicze aury i kolory, kolory życia lub śmierci. Gruba książka, wiele emocji ale nie żałuję. Historia niewiarygodna, ale dająca do myślenia.

Ale sama też piszę. Po debiucie Historii pewnego zakończenia, jestem w trakcie pisania drugiej książki. Już nie mogę doczekać się zakończenia 😉

Ale moje życie to również joga, codzienne treningi i podróże. Bez pasji bowiem życie jest nudne.

Miniona niedziela była zimowa, mroźna i śnieżna. Żal było nie skorzystać i nie odwiedzić kolejnego dworku w moim życiu.

Wielkopolska. Ode mnie niecałe 30 km. Dwór w Więckowicach powstał w latach pięćdziesiątych XIX wieku. Po 1945 roku znajdowały się tu PGR-y, następnie dom kultury oraz przedszkole. Dziś obiekt jest opuszczony. O dwór trwa spór sądowy. Spadkobiercy od lat walczą o odzyskanie posiadłości, a tymczasem budynek niszczeje i popada w ruinę…

I naprawdę popada już tylko i wyłącznie w ruinę. Szkoda.

W drodze powrotnej Stęszew i zabawy w śniegu 😉

A po zabawach i spacerze, żal było nie wstąpić do Mosiny i wieżę widokową.

W życiu bowiem ważne są tylko chwile, i tylko przez chwilę leżał biały, puszysty śnieg. Warto korzystać i wykorzystywać te chwile, warto dla nich żyć. Zwłaszcza, że przed nami ponad 11 miesięcy nowych szans, nowych możliwości. Wykorzystajmy je 😉

Od Premiery minęło 6 miesięcy ;)

10 czerwca tego roku moja książka miała swoją premierę. To był cudowny, letni, dzień który od rana nie zdejmował uśmiechu z mojej twarzy. Pierwsze dni to było szaleństwo, gratulacje, wiadomości, pierwsi Czytelnicy. Ale nie zapomnę dnia, w którym Wydawnictwo Białe Pióro przesłało do mnie pierwsze egzemplarze mojej książki. Gdy zobaczyłam okładkę i swoje nazwisko, gdy wzięłam własną książkę do ręki, nie zapomnę tego uczucia nigdy. Potem pierwsze wywiady, gazety z Kościana, a na koniec listopadowy wywiad w Miejskiej Bibliotece w Kościanie. To były cudowne i motywujące do działania chwile. I dziś, pół roku po premierze chciałabym Wam wszystkim podziękować z całego serca. Wam, Czytelnikom, mojej Rodzinie, moim przyjaciołom, Wydawnictwu Białe Pióro i wszystkim autorom naszej wydawniczej Rodziny za wsparcie, ciepłe słowa i zakup, moim Patronom, Bibliotece w Kościanie i tym, którzy przeprowadzili ze mną wywiad. Mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam. Jestem szczęśliwa, dzięki Wam Kochani :):):) Jesteście w moim sercu zawsze i wszędzie.

❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
❤️
🙏
🙏
🙏
🙏
🙏
🙏
🙏
🙏